
Niedługo zmienię nazwę tego bloga na „Moje debiuty”. Nie
tylko dlatego, że ostatnio jakoś często zdarza mi się wtrącić w tytuł słówko
debiut, ale także dlatego, że mam wrażenie, że z Biegających Walczaków, to ja
najwięcej tutaj piszę :P Tym razem naprawdę jest o czym. Spontanicznie udało nam
się dokonać czegoś fajnego i miłego wspólnie, a jednocześnie odnieść duże
sukcesy osobiste.
Wszyscy biegacze śledzą jakieś blogi. A blogerzy biegowi
śledzą najwięcej blogów ze wszystkich biegaczy. Ja śledzę między innymi „Pora
na majora” – jakoś tak przypadkiem. No i ona, ta Ola napisała, że jest taki
półmaraton, że Świętokrzyskie i że jest klasyfikacja Mistrzostw Polski par
małżeńskich w półmaratonie. Spojrzałem w kalendarz, zapytałem mamę, czy zgodzi
się przypilnować dzieci i wysłałem linka Ewie – bo była w pracy. Po 20 minutach
byliśmy zapisani. Wszystko dobrze się złożyło. Zarówno termin – zawody można
było potraktować jako długie wybieganie przed półmaratonem w Pile – jak i to,
że mogliśmy przenocować w moim rodzinnym mieście, Ostrowcu Świętokrzyskim,
oddalonym od Skarżyska Kamiennej, gdzie odbywała się impreza, o kilkadziesiąt
minut jazdy samochodem.
Plan był taki, że na Półmaraton Wtórpol mieliśmy zabrać
dzieciaki z babcią i wszyscy mieliśmy się dobrze bawić. Nasze plany
zweryfikowała pogoda. Zaczęło padać w sobotę popołudniu i do niedzieli wieczór
nawet nie zanosiło się na to, żeby miało przestać. Decyzję o niezabieraniu
dzieci ze sobą podjęliśmy przed wyjazdem na start. Oprócz koszulek na zmianę
zabraliśmy też po dodatkowej parze suchych ubrań. Nauczeni doświadczeniem z
niektórych wczesnowiosennych lub zimowych biegów spakowaliśmy też duże worki na
śmieci do ubrania się w nie na rozgrzewkę i okres tuż przed startem.
Deszcz nie chciał przestać padać. Po drodze zamiast
podziwiać malownicze wzgórza oraz las nad zalewem Brody Iłżeckie, podziwialiśmy
krople deszczu na szybie samochodu.
Na miejscu nie było lepiej. Zalew nad którym zlokalizowano start był skąpany w deszczu. Po prostu lało. Raz słabiej, raz mocniej, ale bez przerwy. Dodatkowo dołujący fakt był taki, że dzień wcześniej, zupełnie niepotrzebnie, sprawdziliśmy profil trasy. Okazało się, że czekają nas dwa potężne podbiegi – przynajmniej wtedy myśleliśmy, że tylko dwa.
Na miejscu nie było lepiej. Zalew nad którym zlokalizowano start był skąpany w deszczu. Po prostu lało. Raz słabiej, raz mocniej, ale bez przerwy. Dodatkowo dołujący fakt był taki, że dzień wcześniej, zupełnie niepotrzebnie, sprawdziliśmy profil trasy. Okazało się, że czekają nas dwa potężne podbiegi – przynajmniej wtedy myśleliśmy, że tylko dwa.
Odebraliśmy pakiety, przyczepiliśmy numery startowe i
poszliśmy do baru na… herbatę. Tylko to przyszło nam do głowy o poranku. W
ośrodku (bazie biegu) roiło się od lekkoatletów. Byli Ukraińcy, Kenijczycy…
Mówię do Ewy: „Znam tego gościa przy centralnym stoliku. Gdzie myśmy razem
biegli… ? I tego łysego też znam!” – zauważyłem. „Tak kochanie, znasz, bo to
Jacek Wszoła i Szymon Ziółkowski, a naprzeciwko nich siedzi Sebastian Chmara” –
odparła. No cóż, Sebastian Chmara siedział tyłem do mnie, więc po części jestem
usprawiedliwiony :P Oni chyba nie biegli – nie widziałem ich na trasie. Ale był
na przykład Henryk Szost. Takie to były zawody!
Na pół godziny przed startem niechętnie schowaliśmy ubrania
wierzchnie do plecaka i przywdzialiśmy śmieciowe wory, czym wzbudziliśmy
sensację wśród nieznających tego patentu biegaczy (nawet nasza fota wylądowała na portalu skarzysko24.pl). Zrezygnowaliśmy z depozytu,
kiedy zobaczyliśmy, że nikt go nie pilnuje. Pobiegliśmy do auta i
skorzystaliśmy z naszego własnego, prywatnego. Rozgrzewka nie była dynamiczna.
Nie było przebieżek, czy mocnego rozciągania. Robiliśmy cokolwiek żeby zrobiło
nam się trochę cieplej. Na kilka minut przed startem ustawiliśmy się z innymi
półmaratończykami i uczestnikami dychy – nie było żadnych stref. Daliśmy sobie
po buziaku, posłuchaliśmy odliczania i w drogę.
Biegłem swoje. Tempo rosło, samopoczucie było niezłe. W
skali odczuwalnego wysiłku (od 1 do 10) dawałem sobie 5. No i tak leciałem
pierwszy kilometr. Drugi i trzeci to droga pod górę, gdzie tempo wyraźnie mi
spadło. To miał być najgorszy podbieg, ale nim nie był. Okazało się, że po nim
droga się wypłaszcza. Potem mamy dłuuugi zbieg, zawojkę, a potem trzeba wrócić
i to pod wiatr. Nie będę dodawał, że cały czas lało – po prostu nikt nie
zwracał już na to uwagi. Po ponownym wtarabanieniu się na górę było zbieganie,
dobieg do zalewu, znowu nawrót i druga pętla, czyli powtórka z rozrywki. Na
szczęście asfalt nie był śliski od deszczu. Buty trzymały przyczepność i to, co
podawały nogi, przekładało się na siłę odbicia. Szybko zorientowałem się, że
trzymanie się jakichkolwiek planów nie ma sensu. Trzeba było robić swoje, czyli
pod górę tracić jak najmniej czasu i energii, a zbiegając jak najwięcej
odpoczywać, ale nie zwalniać tempa i nie bronić się przed zbytnim rozpędzeniem.
Za to Ewę przed biegiem bolała noga. Biorąc pod uwagę
warunki atmosferyczne, profil trasy i możliwość wystąpienia kontuzji umówiliśmy
się, że nie będzie szaleć. Mimo to po każdym nawrocie nie musiałem długo czekać
żeby ją zobaczyć. Mówiłem, żeby się nie spieszyła, że nie musi.

Na trzy kilometry przed metą, po w sumie czwartym już
wdrapaniu się na górę – około 60 metrów z jednej i 40 metrów przewyższenia
patrząc z drugiej strony – doszedłem pacemakerów na 1h40min. Wiedziałem, że mam
lepszy czas, więc się pytam, czemu tak gnają. „Żebyście zdążyli zrobić
życiówki!” – odpowiedział jeden z nich. Mieli 1,5 min zapasu. Chwilę z nimi
pobiegłem. W zasadzie prawie do mety. Mówili, że będą zwalniać, ale nie
zwalniali. Wsparli mnie trochę na ostatnie, zakręcone metry. Na koniec trzeba
było przebiec pod bramą mety, dobiec do końca zapory, zawrócić i wrócić na metę
– dopiero kończyło się bieg.

Cieszyłem się z wyniku, ale nie analizowałem go
zbytnio. Chwyciłem i pożarłem tort oraz pączka i wyszedłem naprzeciw Ewie, bo
zaczynałem na tym deszczu marznąć.
Kiedy ją zobaczyłem, wiedząc, że tego nie lubi, nie rzucałem
żadnych motywujących haseł. Tutaj nie chodzi chyba jednak o to co mówię, tylko
ogólnie o moją obecność na finiszu. Pobiegłem z nią chwilę i wytłumaczyłem, jak
wygląda meta, żeby się nie stresowała. Mimo to kazała mi spadać. Cóż było
robić. Przyspieszyłem i zaraz wróciłem na metę, gdzie mogłem bić jej brawo, gdy
tam wbiegała.
Zabraliśmy ciuchy z auta. Przebieraliśmy się na stołówce. Na
szczęście w tej chwili nikt tam nie jadł. Wrzuciliśmy mokre ubrania do worków.
W poniedziałek rano, w Pruszkowie, w moich butach, które od wieczora schły już
na balkonie, jeszcze była woda. Nawet nie wiem dlaczego zrezygnowałem z
darmowego piwa, którego jak się potem okazało zabrakło, albo nie było, nie
wiem. Zjedliśmy posiłek regeneracyjny – jednodaniowy, choć miał być dwudaniowy.
Mi smakował, Ewie nie. Udało nam się jeszcze dowiedzieć, że na pewno, pomimo
moich podejrzeń wysnutych na podstawie patrzenia w wyniki (i może jakichś
malutkich nadziei), wcale nie jesteśmy na podium MP par małżeńskich, a potem
wsiedliśmy do fury, odpaliliśmy ogrzewanie na fulla i ruszyliśmy po dzieci oraz
na prawdziwy obiad.
Po drodze więcej rozmawialiśmy o wynikach i o tym, co działo
się podczas biegu. Doskonali wolontariusze moknący na deszczu i muzyka bębnów na
żywo na szczycie wzniesienia, zakręcona meta i Heniu Szost mijający mnie z
naprzeciwka na prostej jak drut trasie – to zapamiętam z tych zawodów. Także
to, że udało nam się znaleźć w pierwszej dziesiątce Mistrzostw Polski par
małżeńskich w półmaratonie! Dokładnie zajęliśmy 10. miejsce ;) Nasz wspólny
czas to 3h 40min. Indywidualnie bomba. Ewa poprawiła życiówkę o 10 min i ponoć,
gdybym nie wybiegł do niej na końcówkę, spokojnie złamałaby dwie godziny.
Niestety mój widok ją osłabił, czy coś takiego. Szczerze mówiąc tłumaczyła, ale
nie słyszałem ;) Wiecie jak to jest jak żona mówi do męża, a ten słyszy tylko
szum oceanu – jak w Bundych. Ja za to śmiałem się przed, że machnę 1h40min, no
i pękło, i to solidnie. 2:02:06 Ewy i moje 1:38:22 to nasze nowe życiówki.
Niestety sądzę, że moja jest nie do pobicia w Pile. Myślę, że na przekór
wszystkiemu pomogła mi trasa. Pod górę nie traciłem tyle ile zarabiałem na
zbiegach i chyba to było kluczem do pobicia wyniku z półmaratońskiego debiutu z
Warszawy. Co innego Ewa, która po prostu dobrze przepracowała ostatnie
kilkanaście tygodni i ta forma, którą zaprezentowała to jest tylko zapowiedź
tego, na co ją stać naprawdę. W Pile choć sam startuję, cały czas będę za nią
trzymał kciuki! Wy też trzymajcie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz