wtorek, 6 czerwca 2017

Mój debiut… na izbie przyjęć


Wszyscy już chyba wiedzą jak rozstrzygnął się zakład o #tritort. Wygrałem z taką przewagą, że jakbym chciał czekać na Kubę na mecie, zapuściłbym tam korzenie. Oczywiście wielkie gratulacje, bo starał się ile mógł. Na pływaniu i rowerze walczył jak lew, co pewnie odbiło się na jego biegu. Ale na podsumowanie zakładu przyjdzie jeszcze czas. Chciałbym opowiedzieć Wam, jak z mojej perspektywy wyglądał Garmin Iron Triathlon w Ślesinie w 2017 roku.

W zeszłym roku zadebiutowałem w tri. Stało się to właśnie w tej niewielkiej miejscowości nieopodal Konina, za namową triathlonowego wyjadacza Kuby, któremu wtedy włożyłem kilkanaście minut. To sprawiło, że wyzwał mnie na pojedynek i w tym roku musiałem udowodnić, że stać mnie na więcej niż w zeszłym. Co więcej, bardzo się tym startem stresowałem. Tak naprawdę nie wiedziałem na co go stać. Wiedziałem tylko, że jestem w super formie i jeśli petarda w nodze odpali, jeśli wszystkie moje założenia startowe, ale i poczynione w przygotowaniach sprawdzą się, to na pewno nie oddam skóry łatwo. Scenariuszy było wiele, ostatecznie sprawdził się ten najbardziej oczywisty, przepowiadany nie tylko przez tych, którzy na mnie liczyli, ale i przez samego Kubę. Jakie były tego przyczyny innym razem. Tymczasem do rzeczy.

Ostatni tydzień upłynął mi bardzo nerwowo. Koło poniedziałku dopadło mnie jakieś zapalenie gardła. Miałem powiększone migdałki, problemy z przełykaniem itp. We wtorek, albo w środę trafiłem do super lekarki, która wczuła się w moją sytuację i przepisała mi uderzeniowe dawki… witaminy C oraz lek na odporność i przeciwwirusowy. Mój stan poprawiał się, aby w niedzielę po chorobie gardła nie było ani śladu.

W Ślesinie byliśmy od piątku wieczór. Narzuciłem sobie przedstartowy reżim. Ładowałem węgle, ale rozsądnie. Zrezygnowałem z alko, nawet nie wypiłem zdrowia Asi (żony Kuby), która obchodziła urodziny, co niniejszym w tej chwili nadrabiam. Zdrówko! Ogólnie, te ostatnie dni były dla mnie zwieńczeniem, wisienką na torcie, ostatnim pociągnięciem pędzla w malarskim dziele jakim był założony przeze mnie plan pracy i przygotowań do tego startu. Puenta 16 tygodni wzmożonego wysiłku okupionego ciągłym planowaniem, znikaniem z domu na treningi i częstym wstawaniem o świcie (czasami jeszcze nawet przed dziećmi ;) ).
HaiBike za BTwinem to mój

W dniu startu wstałem dość wcześnie, bo Idka rozrabiała. Choć stresowałem się bardzo, poprzedniej nocy sam nie miałem problemów ze spaniem – przeciwnie do zeszłego roku. Mimo to, rano czułem się jeszcze niepewny. Było tak aż do startu, a nawet do wyjścia z wody. Kuba odgrażał się że zaprowadzi rower do strefy wcześnie a potem będzie się wylegiwał. Ostatecznie poszliśmy odstawić sprzęt do strefy jednocześnie. Ja zostałem na biegach dzieci, a on wrócił do domku. Olek z Zosią zaliczyli dobry bieg – oboje byli zadowoleni i to się liczy, a to, że potem się bili… No cóż. Kto się czubi, ten się lubi :) Sam też pozwoliłem sobie na pół godziny nieróbstwa. Położyłem się pod drzewem i rozmarzyłem się. Wizualizowałem start. Z mojej wizualizacji, kiedy już dojeżdżałem z rekordowym czasem do T2, telefonem wyrwała mnie Ewa, która chciała mnie zlokalizować. Trafiła w punkt, bo zacząłem zasypiać. Tymczasem to właśnie wtedy trzeba było zacząć się przebierać, żeby zdążyć wskoczyć do wody przed zamknięciem akwenu. A chciałem to zrobić, żeby zmoczyć piankę, a nie ładować się na start w suchej – to pomaga dostosować się ciału i ułatwia oddychanie w pierwszej fazie pływania. Inaczej płuca lubią się obkurczyć i oddech staje się płytki, jakby obronny. Takich rzeczy w triathlonie, o których nikt ci nie powie jest więcej. Jednak trzeba pamiętać, żeby wszystkie legendy, opowiastki, złote rady, brać przez sito – zawsze! Druga sprawa, że wiele rad sprawdza się, albo nie, indywidualnie. Dlatego zawsze trzeba wszystko wypróbowywać. Jeśli interesuje cię to, co piszę, daj znać w komentarzu. Może stworzę post pt. 10 rzeczy o starcie w tri, których nikt ci nie powie. Co prawda startów dużo nie mam na koncie, ale już wiem, o czym nikt mi nie powiedział, a co ułatwia życie w tych pierwszych.
Wracając do tematu. Kiedy już byłem mokry, pojawił się Kuba. Do ostatniej chwili nie chciał przebrać się w piankę. W końcu zapozowaliśmy do zdjęcia i poszliśmy na start. I znowu były ciary na plecach. Jakież to jest piękne w tri… Wszyscy rywale klaszczą sobie nawzajem, przybijają piątki. Wiedzą, że za chwilę będą się podtapiać, bić po głowach rękami, ale zanim wystrzeli armata są braćmi – jedną wielką rodziną. W końcu trąba zawyła, a my ruszyliśmy w toń. Po sygnale już nie oglądałem się na Kubę…
W zeszłym roku czekaliśmy aż przeleje się pierwsza fala typowych ścigantów. Kosztowało mnie to korek na pierwszej boi i trudną sytuację, z której nie bardzo wiedziałem jak wyjść. Stwierdziłem zatem, że tym razem rzucę się w pralkę i będę parł naprzód, tak jak będą pozwalali przeciwnicy. Poszło nieźle. Pomimo zebrania wielu uderzeń i kopnięć w głowę oraz ze dwóch przytopień, na korek trafiłem dopiero pod mostkiem, pod którym przepływa się w Ślesinie. Tam zrobiło się tłoczno. W drugiej części dużo kolegów miało problemy z nawigacją, przez co wydawało mi się, że zwolniłem. Musiałem ich przepuszczać, żeby sfrustrowani płynący w poprzek trasy dalej nie walili mnie w głowę. Minąłem ostatnią bojkę, sam trochę zboczyłem na prawo, ale wkrótce zlokalizowałem koniec pływania i jakoś wyszedłem z wody.

Czas? Zaskakujący! Oficjalnie wyszło więcej, ale na zegarku zobaczyłem w pierwszej chwili 18 minut. To o 2 minuty więcej niż się spodziewałem – na tyle dużo, żeby stwierdzić, że trafiłem z formą. Miałem swój dzień i wiedziałem, że będzie dobrze. Dobiegając pod górę do strefy zdjąłem górę pianki. Kiedy tam wpadłem widziałem, że rower Kuby stoi. Opanowałem oddech, przebrałem się, chwyciłem rower i pognałem w kierunku belki. Wskoczyłem na moją białą strzałę i popędziłem przed siebie. Czym prędzej zjadłem żela i popiłem izotonikiem, żeby na zakrętach już nie zawracać sobie tym głowy.
Trasa rowerowa w Ślesinie jest fajna. Nie ma tam dużo nierówności. W zeszłym roku wiatr był mniejszy. W tym, na jednym z odcinków po prostu zniechęcał do jazdy. Z drugiej strony, tam gdzie jest najwięcej podjazdów wiał w plecy – kilometr z największą średnią zaliczyłem właśnie w jego okolicach. Pędziłem ostro i tak jak przed rokiem wyprzedzałem kolejnych rywali. Pod koniec pierwszej pętli zobaczyłem Ewę z dziećmi, było super. Na drugiej wydawało mi się, że się uspokoiłem. Nie parłem już tak mocno, choć prędkość nie spadała. Było tak do momentu pod wiatr, gdzie dostrzegłem najpierw jedną klasyczną parówę – gościa, który jechał na kole kolegi. Potem minęły mnie dwa pociągi drafterów, co spowodowało, że wpadłem w furię…

Drafting to jazda na kole rywala, kolegi czy kogokolwiek. W zawodach z cyklu Garmin Iron Triathlon jest to surowo zabronione, tak samo jak podczas zawodów serii Ironman. Obowiązuje 7 metrów odstępu pomiędzy rowerami. Generalnie, w środowisku triathlonowym, każdy kto draftuje na zawodach w formule bez draftingu (są też zawody z draftingiem) jest nazywany PARÓWĄ. Żeby zobrazować jakie to zło, kiedy ktoś draftuje, ginie jeden mały, niewinny kotek. Drafting daje minus 1050 do karmy. Drafting to nieuczciwość, wykorzystywanie praw fizyki (zmniejszonego oporu powietrza) w celu pokonania trasy. My mówimy NIE draftingowi na zawodach bez draftingu. Ideą ludzi z żelaza jest pokonanie dystansu o własnych siłach. Dlatego jazda na kole, gdzie dużą część siły oporu przyjmuje zawodnik poprzedzający, jest zagrożona nie tylko karą czasową, ale pewnie i dyskwalifikacją – aż tak dokładnie nie wczytywałem się w regulamin, ale sądzę, że w skrajnych przypadkach tak jest. Dlatego kiedy wyprzedził mnie drugi pociąg tych miernot krzyknąłem: SAY KUR…. NO TO DRAFTING!!!!! I popędziłem na złamanie karku przed siebie. Wyprzedziłem dwa pociągi drafterów po kilkanaście osób. Nie poznawałem siebie. Nie wiedziałem, że jestem do tego zdolny. Darłem się: LEWA WOLNA PARÓWY! Wcześniej zresztą też indywidualnie do jednego takiego podjechałem i powiedziałem mu co o nim myślę wyprzedzając go. I tak napierdzielałem aż poczułem że zostali za mną. Cały czas utrzymywałem prędkość pod 40 km/h – przynajmniej rozprawiając się z tymi parówami. Kiedy pokonałem ostatni ostry zakręt o 180 stopni pod mostkiem rozluźniłem się. Położyłem się na chwilę na lemondce, skierowałem wzrok w dół i poczułem się jak w sklepie z farbami. Zobaczyłem jakby… do czarno-grantowego koloru „asfaltowego świtu” z prawej strony dolewał się odcień zieleni o nazwie „trawiaste posłanie”. Odbiłem, ale było za późno. Z prędkości około 32-35 km/h nagle jechałem na boku, aby po chwili raz się przeturlać i w trakcie tego turlania, pomimo kasku, zaryć czołem o asfalt. Dzięki Bogu przeżyłem, podniosłem się, wstałem, oceniłem szkody na ciele na małe, szkody na sprzęcie na spadnięty łańcuch, po czym założyłem go i nie widząc pomocy medycznej postanowiłem poszukać jej na rowerze. Zanim wstałem kilka przejeżdżających osób pytało, czy wszystko ok – generalnie dzięki chłopaki za troskę, fair play itd., ale jeśli byliście tymi samymi parówami co je wyprzedziłem chwilę wcześniej, karma was spotka, zobaczycie! Kiedy jechałem okularki zalała mi krew więc uznałem, że nie jest dobrze. Ściągnąłem je i wsadziłem do kieszeni.

Dojechałem do strefy zmian oddalonej może o 2 km od miejsca gdzie upadłem. Zapytałem sędziego o plaster, a ten wskazał na medyka w ambulansie. Podszedłem i poprosiłem o plaster, a sanitariusz wskoczył do karetki i zaczął przekopywać swoje przepastne torby. Tego się nie spodziewał… Jakiś facet do mnie podbiegł i chciał mi przytrzymać rower. Grzecznie wytłumaczyłem:
- Proszę Pana! Bardzo Panu dziękuję, ale proszę zostawić mój rower. Nie może mi pan pomagać. Regulamin tego zabrania, zostanę zdyskwalifikowany.
- Przepraszam, nie wiedziałem, odparł pan i zostawił mnie w spokoju.
Uff – pomyślałem. Ale facet z ambulansu ciągle nie wychodził, a czas leciał. Oczami wyobraźni widziałem jak Kuba mnie dogania, już dojeżdża do strefy, a ja potem muszę go gonić. Ale nic takiego nie następowało.

- Ale pan wie…
- Tak wiem – odparłem na słowa sanitariusza.
- Że to trzeba zszyć – dokończył.
- Obiecuję Panu, że za 50 minut zjawię się w tym miejscu, aby mógł pan to zrobić.
- Ale ja tego nie zrobię! Będzie pan musiał pojechać gdzieindziej.
- W takim razie obiecuję, że za 50 minut pojadę na szycie gdzieindziej. Proszę kleić.
- Hmm. Ale pan jest cały spocony, plaster nie będzie trzymał.
- Proszę zakleić dookoła głowy – poprosiłem. I dodałem: Szybko!
Sanitariusz wysłuchał prośby, za co z tego miejsca dziękuję.

Wchodząc do strefy zmian nie czułem się źle. Nie miałem zawrotów głowy. Krew nie zalewała mi oczu, choć wzrok ludzi na mnie patrzących był dość niepokojący. Mogłem ich obserwować, więc nic mi nie spuchło. Biorąc to wszystko pod uwagę postanowiłem spróbować. Przebrałem się i pobiegłem przed siebie. Tempa nie miałem rewelacyjnego, ale czas przestał mieć dla mnie znaczenie. Nie wiedziałem, czy straciłem dużo, czy mało krwi, czy organizm przeżyje jakiś szok, czy nie, ale nic takiego nie następowało, więc biegłem zachowawczo. Patrząc na moje obrażenia później można było pomyśleć, że histeryzowałem, ale zakrwawione okularki, bidon, lemondka, rama i buty sugerowały jakiś tam wyciek. Przypomniałem sobie, że w takich sytuacjach organizm pompuje krew do wewnątrz organizmu i do nóg (odruchy obrony i ucieczki), więc rany nie będą krwawić. Od razu za strefą wypiłem wodę i potem trzymałem się tego punktu, żeby nie przeciążać żołądka, ale też wiedząc, że nie będę się przegrzewał. Może z raz sięgnąłem po nią na drugim z dwóch punktów.

Ewa, która mnie zobaczyła była w szoku. Wiedziałem, że tak będzie, więc tak jak mogłem najlepiej starałem się ją uspokajać. To była jedna najtrudniejszych rzeczy w tym wszystkim – przemówić do kobiety widzącej jej faceta zakrwawionego, że jest z nim wszystko w porządku. Na koniec pierwszej pętli wziąłem gumkę do liczenia pętli i biegłem dalej. Dalej wszystko było ok. Zbierałem owacje na stojąco. Ludzie bili mi brawo, robili mi zdjęcia, krzyczeli do mnie, że tak się kuje żelazo. W życiu nie miałem takiego dopingu. Musiałem wyglądać jak siedem nieszczęść. Mimo to wyprzedzałem wolniejszych i biegłem, choć może nie jak burza, w kierunku mety. Uśmiechałem się, machałem, odpowiadałem, że wszystko ok, że żelazo trzeba szlifować itd. Unikałem kurtyn wodnych żeby nie zacząć znowu krwawić i nie brałem gąbek. Choć może powinienem, to bym się obmył trochę z zaschniętej już krwi ;) Wkrótce zabrakło gumeczek. Na szczęście byłem przytomny, ogarniałem i sam liczyłem. Choć z każdym z prawie czterech kółek na biegu Ewa zdawała się wyglądać coraz lepiej, na ostatnim dalej wahałem się zakomunikować: Lecę na metę, przeproście Kubę, że nie poczekam. Idę do medyków na szycie. Zadzwonię!


Na ostatnim kilometrze ani nie przyspieszyłem, ani nie zwolniłem. Wpadłem na metę, wziąłem medal i podskoczyłem do góry. Poczułem wzrok wszystkich w strefie finishera skierowany na mnie. Zaraz zaczęły się pytania. Okazało się, że podobno ktoś miał gorzej, choć tego drugiego nie widziałem. Nie wiem, może nie miał tyle szczęścia i nie ukończył. Ja poszedłem do depozytu. Spotkałem tam Filipa Szołowskiego. Przywitał się, zapytał, czy wszystko w porządku. Dopóki ten gość organizuje Ślesin, wszystko musi być w porządku. Rok temu osobiście stał za linią mety i każdego zawodnika z osobna pytał, czy na pewno dobrze policzył okrążenia. Nie chciał żeby ktoś z zawodów wyjechał rozczarowany. W tym też był na miejscu i interesował się tym co z zawodnikami. Wysoka piątka za to!

W karetce obejrzał mnie lekarz. Polecił sanitariuszom opatrzenie mnie. Powiedział, żebym jak najszybciej udał się na szycie, że nie ma co czekać. Zadowolony oddaliłem się. Zaczepił mnie jeszcze jeden zawodnik i mówi, że widział jak się rozwaliłem. Przyjrzałem się uważnie jego megenta-żółtawemu, charakterystycznemu trisuitowi i mówię:
- Nooo, ja też cię widziałem. Nawet do ciebie krzyknąłem, że jesteś straszną parówą!
Na to interlokutor wbił wzrok w ziemię i zaczął robić się czerwony. Osoba płci przeciwnej, z którą siedział na ławce poszła za jego przykładem.
- Widziałem jak cały czas jechałeś na kole jednego gościa – dodałem. Bardzo mnie to zdenerwowało.
- No i trzeba się było tak nie denerwować - dodał z nerwowym uśmiechem
Olałem go i poszedłem dalej, ale miał rację. Trzeba się było nie denerwować. Z drugiej strony ciężko pogodzić się z tym, że walczysz od początku do końca, a ktoś inny ułatwia sobie zadanie. To są emocje, wielkie emocje…

Na metę dotarła już Ewa z Asią i dzieciakami. Kuby dalej nie było. Opowiedziałem o tym co się stało do kamery – pewnie będzie na filmie. Ustaliliśmy z Ewą jak będziemy się komunikować i mniej więcej co każde z nas ma robić. Heh… Niby oczywiste, ale takie rzeczy, choćby nie wiem jak niewygodny był to temat, trzeba jednak ustalać przed zawodami. Bo co by było, gdybym nie miał tyle szczęścia i nie mógł zająć się sobą sam… ? Poprosiłem, żeby z Kubą odebrała mój sprzęt ze strefy, a sam udałem się poszukać szpitala, którego jak się później okazało, w Ślesinie nie ma.

Odpaliłem Ubera, ale nie mogłem podać adresu docelowego, ponieważ nie mogłem zlokalizować szpitala. Nie widziałem też żadnej taksówki. Pani w budce z lodami skierowała mnie do oddalonej o 300-500 metrów Straży Pożarnej, gdzie ponoć zaopatrują takie rany. Wchodząc do remizy po raz pierwszy zamiast sensacji wzbudziłem rozbawienie ;) Mnie też ta sytuacja zaczęła już bawić, bo co miałem robić? Płakać? Cieszyłem się, że wyszedłem z wypadku z niewielkimi obrażeniami i ukończyłem zawody. Lekarz strażaków obejrzał mnie, ale stwierdził, że nie ma dogodnych warunków żeby mnie zszyć i odesłał do szpitala w Koninie. Zadzwoniłem do Ewy i udałem się do ośrodka w którym nocowaliśmy – jeszcze 100 metrów dalej. Okazało się, że Kuba właśnie wbiegał na metę. Ja załatwiłem zapasowy klucz do domku i poszedłem się wykąpać. Kiedy się umyłem i przebrałem wyglądałem dużo lepiej.

Nie minęła może minuta odkąd wyszedłem spod prysznica, a przez okno zobaczyłem jak wszyscy wchodzą do ośrodka. Kuba prowadził dwa rowery. Wyszedłem przed domek i od razu zacząłem oglądać sprzęt. Nie jest źle pomyślałem. Na pierwszy rzut oka ucierpiała owijka i siodełko. Wystarczy zmyć krew i będzie jak nowy. Wymianą owijki zajmę się po sezonie ;) Niestety tego samego nie można powiedzieć o kasku, który odszedł do krainy wiecznych przejażdżek i od teraz na zawsze będzie śmigał po najrówniejszym asfalcie w kosmosie. Solidne pęknięcie zdradzało siłę uderzenia. Uff, jak się cieszę, że miałem go na głowie. Służył mi kilkanaście lat, zjeździł wiele tras, a teraz przyszedł czas żeby się rozstać…


Otworzyłem Red Bulla, spakowałem bagaże. Zapytałem, Ewy, czy będzie bardzo zła jeśli to jednak ja poprowadzę, pożegnaliśmy się z naszymi przyjaciółmi i ruszyliśmy do Konina. Tak wylądowałem na izbie przyjęć. Widząc tłumek ludzi w kolejce do rejestracji i oznaczenia protestu SOR-ów trochę się przeraziłem, że Ewa z dzieciakami w samochodzie dostanie szału. Na szczęście po kilku minutach otworzono drugie okienko, do którego poproszono wszystkich z urazami, czyli mnie i panią, którą dzień wcześniej uderzyła w oko gałąź, ale pani myślała, że jej przejdzie, dlatego poczekała do dnia wolnego od pracy (były Zielone Świątki) żeby skorzystać z pomocy lekarskiej. Do lekarza wszedłem jako czwarty, czy piąty. Panią z okiem załatwili w 20 sekund – dostała skierowanie do okulisty. Mi jeszcze raz przemyli wszystkie otarcia, dokładnie umyli rozcięcie i pan doktor zalepił mi je specjalnym klejem. Obeszło się bez szycia – ufff…. Wysłali mnie jeszcze na roentgen głowy. Trochę czekałem na wyniki.
- Jak moje fotki doktorze? – zapytałem kiedy ponownie wszedłem do gabinetu.
- Całkiem nieźle wyszły – odpowiedział doktor pokazując mi moją czachę.
- Takich jeszcze nie miałem – powiedziałem.
- W sam raz na fejsa – odparł lekarz.
Niestety, nie wysłali na maila… To jednak dało mi do myślenia. Pierwszy raz byłem na izbie z powodu wypadku. Pierwszy raz byłem szyty, a raczej klejony. Ale też po raz kolejny nic sobie nie połamałem, czego nie udało mi się uniknąć, kiedy trenując nabawiłem się złamania zmęczeniowego. Pozostaje się cieszyć i trenować dalej. Teraz szybka regeneracja i 5i50 Warsaw. Będzie OZD! W każdym razie bardzo bym chciał.

Reszta tej opowieści to już opóźniony tylko, ale na szczęście bezpieczny powrót do domu. Czas wyleczy rany, a z tego doświadczenia płynie prosty wniosek – trzeba bardziej uważać. Nowy kask już kupiony. Jeśli jeszcze nie dziś, to jutro zabieram się za trening. W niedzielę kolejny start, organizm nie może pomyśleć, że jest na wakacjach.

Są jeszcze dziesiątki wątków, które chciałbym poruszyć, ale ile można pisać, rozwijać jakąś myśl i tak dalej. Poza tym jeśli tu dotarłeś czytelniku, to chyba jesteś jakimś długodystansowcem, naprawdę. Gratuluję i dziękuję. Do następnego.

Aha, wynik… Wynik? 9 minut lepszy niż rok temu. Gdyby nie szlif pewnie byłoby jeszcze lepiej. Ale czas nie liczy się dla mnie tak bardzo jak garść prostych faktów:
- nie byłem parówą i na wynik zapracowałem tylko i wyłącznie własnymi siłami
- dotarłem na metę w okolicach połowy stawki, czyli zgodnie z zamierzonym celem sportowym
- wygrałem zakład
- ukończyłem, pomimo przeciwności i ponownie w ¼ zostałem ajronmanem ;)

czwartek, 25 maja 2017

4 czerwca – sądny dzień

Choć na początku byliśmy z Kubą bardzo entuzjastycznie nastawieni do robienia filmów z przygotowań do naszego startu w Ślesinie, gdzie rozstrzygnie się „Zakład o #tritort”, który zawarliśmy po ostatnich wakacjach, z czasem ciężki trening, życie rodzinne i realizacja pozatriathlonowych zainteresowań wygrały ze szczerą chęcią częstego wrzucania newsów od nas. A przez ten czas działo się wiele, choć za nim o tym, po krótce przypomnę o co chodzi w naszym zakładzie.
Ja i Kuba jesteśmy zawodnikami raczej z końca stawki, niż z początku. Co więcej, w zeszłym sezonie dopiero co zadebiutowałem w zawodach triathlonowych. Startowałem z Kubą i byłem lepszy o kilkanaście minut. On zawziął się i wyzwał mnie na pojedynek. Zakład przyjąłem, a jego podpisanie możecie zobaczyć tutaj: http://www.innespacery.pl/aktualnosci/zaklad-o-tritort-odc-1.html
Ostatni odcinek wypuściliśmy bodajże w styczniu. Potem Kuba na kilka tygodni wyjechał do Szwecji, gdzie z kolegą miał pokonać w warunkach zimowych jeden z tamtejszych szlaków. Ja w tym czasie walczyłem w Warszawskim Triathlonie Zimowym (video tutaj - https://www.youtube.com/watch?v=VmXCmYhfJQY). W lutym zaczęliśmy przygotowania na dobre, kiedy to kalendarz pokazał, że do startu zostało 16 tygodni. Przypadek sprawił, że właśnie wtedy Ewa przeszła na dietę, a ja razem z nią, dzięki czemu poważnie schudłem. Uzupełniłem braki sprzętowe zaopatrując się u Piotrka Kluski w używaną lemondkę, a w TriOutlecie w piankę.
Cała reszta to wyłącznie praca, praca i jeszcze raz praca. 6 treningów w tygodniu prawie bez wyjątków. Choć może nie były one tak trudne jak nasze sprawy rodzinne w czasie tuż przed bardzo dobrym, zakończonym znakomitym rezultatem, startem w Półmaratonie Warszawskim, kiedy tak naprawdę najtrudniejszą rzeczą jaka nas spotkała było odejście mamy Ewy. Czas potem to już proza życia sportowca amatora – praca, trening, praca, trening, zmaganie się z pogodą, konieczność wybierania pomiędzy jazdą na dworze, a pozostaniem na trenażerze, no i nasze Parkruny, z których każdy kolejny wychodził coraz lepiej.
Z drugiej strony, z obozu Kuby, niekiedy dochodziły mnie wieści o braku treningu. To mogła być jednak zasłona dymna i nawet moje dobre rezultaty nie są dostatecznym powodem, żeby Kubę lekceważyć. Schudł praktycznie tyle samo co ja i tak naprawdę nie wiem, w jakim jest miejscu. To, gdzie tkwi jego przewaga, to fakt, że nie ma nic do stracenia. Ja oprócz Ślesina mam zaplanowane w tym sezonie jeszcze trzy starty w triathlonach, z czego kolejny już tydzień później i nie opłaca mi się śrubować wyniku. On może sobie pozwolić na start „na zajechanie”. Jego jedynym celem będzie wygrana ze mną – nie z zegarem.
Poniżej ostatni odcinek naszego cyklu przed zawodami w Ślesinie. Decydujące starcie 4 czerwca. Zobacz video i weź udział w konkursie.

Ponieważ nasz zakład ma charakter charytatywny, chcielibyśmy i Ciebie wkręcić w pomaganie.

Wpłać dowolną kwotę na rehabilitację mojego kolegi Maćka, tutaj: https://pomagam.pl/PomozMackowi, a następnie wejdź na Facebooka Biegających Walczaków (link obok posta) i wytypuj zwycięzcę zakładu oraz jego wynik. Osoba, która będzie najbliżej otrzyma zestaw książek ufundowany przez wydawnictwo Inne Spacery:
- Triathlon – plany treningowe
- Szybciej – nauka o prędkości w triathlonie
- Jak bardzo tego chcesz? – psychobiologiczny model zwyciężania
To prawdziwy niezbędnik triathlonisty, dzięki któremu nie tylko można dowiedzieć się i zrozumieć więcej na temat tego sportu, ale też przekonać się jak z emocjami podczas startu radzą sobie największe gwiazdy. Opisy tych trzech pozycji znajdziesz na stronie wydawnictwa: www.innespacery.pl.
Nie wiesz jak typować? Dla ułatwienia dodam, że w zeszłym roku mój rezultat w Ślesinie wyniósł 2h 51 min, a życiówka Kuby na tej trasie to 3h 3 min. Poza tym warto wpłacić na rehabilitację Maćka. Tak jak my jest sportowcem amatorem, który skacze na rowerze przede wszystkim dla przyjemności. Jest moim kolegą z pracy, a do zbiórki musiał się uciec, żeby zapewnić sobie dobre warunki do powrotu do zdrowia, których nasze państwo nikomu nie zapewnia, jak choćby natychmiastowa rehabilitacja – zwykle wiele tygodni oczekiwania. Konkurs trwa do startu w Ślesinie, lub do czasu zebrania przez Maćka całej potrzebnej kwoty – zostało około 2000 zł.

poniedziałek, 27 marca 2017

Relacja z 12. Półmaratonu Warszawskiego


Stało się! Zadebiutowałem w półmaratonie. A był to debiut niezwykle udany, podczas którego uzyskałem czas o ponad 6 minut lepszy, niż zakładałem w najśmielszych oczekiwaniach. Jak to się stało? To zostawię sobie na koniec. Na razie opowiem Wam jak było.

Przed

Na półmaraton zapisałem się ścieżką charytatywną. Oznaczało to, że aby wystartować, musiałem zebrać 300 zł na cel charytatywny. Wybrałem Fundację Spartanie Dzieciom, na którą grono ofiarodawców wpłaciło właśnie taką kwotę. Z Ewą dopłaciliśmy 80 zł wpisowego, które normalnie było potrącane przez organizatorów, dzięki czemu całość kasy poszła na fundację. Dzięki Wam za wpłaty!

Choć mam na koncie dwa maratony, był to mój pierwszy start w połówce – tak, wiem, że to trochę dziwnie, ale zawsze byłem nadambitny. Przygotowywałem się prawie metodą Danielsa. Wziąłem plan do półmaratonu z książki „Bieganie metodą Danielsa” i dopasowałem go do siebie podstawiając odpowiednie, obliczone na podstawie współczynnika Vdot (który z kolei wyliczyłem na podstawie mojej życiówki na 10 km) tempo poszczególnych jednostek. Brzmi skomplikowanie, ale uwierzcie, nie jest to fizyka kwantowa. Ponieważ przygotowuję się do zakładu o #tritort, nie robiłem całego planu. Wykonywałem z niego tylko treningi jakościowe. Inne zamieniałem na basen i rower. Z tego samego powodu nie wierzyłem, że jestem w stanie biegać tak szybko jak mówiły te same tabele. Chwilami prawie nie dawałem rady z treningami – też czasowo. Dopiero w ostatnich trzech tygodniach zaobserwowałem postęp. Byłem ostrożny w szacunkach. Według Danielsa czas jaki mogłem osiągnąć w półmaratonie to 1:44:28. Mimo tego na pytanie na jaki czas biegnę, odpowiadałem 1:55. Czułem brak długich wybiegań i generalnie jeszcze miesiąc przed startem czułem się marnie. Kiedy moje samopoczucie się poprawiło celowałem w 1:50 i w takiej strefie startowej ustawiłem się na bieg. Końcowy wynik 1:43:35 nawet nie leżał w mojej sferze marzeń.

Bieg właściwy

Rano zjadłem owsiankę (bez mleka) z łyżką miodu i średnią ilością nasion chia. Wypiłem kawę, a potem do startu popijałem izo. Motywowałem się muzą – tak jak lubię najbardziej. To był wyjątkowy bieg, ponieważ nie towarzyszyła mi ani Ewa, ani dzieci. Na pl. Teatralny pojechała ze mną mama. Reszta ekipy była w Pile, gdzie dzień wcześniej podczas pogrzebu pożegnaliśmy moją teściową, a naszego wspólnego kibica, Krystynę. Uczciłem ją dedykując jej ten bieg, co także dodawało mi odpowiedniego powera.

Rano było tak zimno, że zanim zacząłem się rozgrzewać tylko się trząsłem. Dzięki obecności mamy mogłem zostawić na sobie dresy, żeby oddać je jej przed startem. Inaczej zmarzłbym na kość. Porobiliśmy zdjęcia, a potem zacząłem rozruch. Dobra, mądra rozgrzewka przed zawodami to podstawa. Przekonałem się o tym już kilkukrotnie. Tym razem poświęciłem na nią między 20 a 25 minut. Podszedłem z mamą do strefy i oddałem jej dresy. Zabrzmiał „Sen o Warszawie” i nastąpił wystrzał startera. 15 minut później moja fala doszła na linię startu. W trakcie tego marszu wydawało mi się, że już wystygłem. Na szczęście było inaczej.

Jak napisał w swoim poradniku Warszawski Biegacz,(http://warszawskibiegacz.pl/o-czym-powinniscie-pamietac-przed-niedzielnym-polmaratonem/) co nie jest wiedzą tajemną, ale wartą przypomnienia przed każdym startem, 90% biegaczy rusza za szybko. Ja ustawiłem się za Pacemakerami w trzeciej grupie na 1:50 i starałem się uniknąć tego błędu. Na długości pierwszego kilometra okazało się, że dużo osób biegnie wolniej i zaczęło się robić ciasno. Zarówno mi, jak i zającom ciężko było się przebijać do przodu w zakładanym tempie. Wkrótce wybiegłem przed nich i zacząłem się zajmować swoim biegiem. Zastanawiałem się przy tym, czy nie biegnę za szybko, ale czułem, że to jest dobry dzień, nóżka podaje i warto to wykorzystać.

Mijałem orkiestrę policyjną, puszczających disco polo przedstawicieli PKO Białystok, cheerliderki, a na trzecim kilometrze, na wysokości pl. Na Rozdrożu kolegę z pracy, który jest tak wysoki, że żeby przybić mu piątkę musiałem się poważnie rozpędzić i mocno wybić w górę podczas skoku. Belwederską zbiegało się przyjemnie i szybko – pochyliłem się do przodu i folgowałem sobie na zbiegu jak tylko potrafiłem najbardziej. Pomachałem kotom w oknie u szwagra, które mi kibicowały i przebiegłem przez bramę parku (nie widziałem kotów z trasy, ale wierzyłem, że tam siedzą i patrzą). Łazienki mnie zdziwiły. Nagle zrobiło się wąsko. 200 metrów przed sobą zauważyłem chorągiewki drugiej fali na 1:50 i zacząłem się do nich zbliżać. Robiłem co mogłem, żeby wyprzedzać wolniejszych i na nich nie wpadać. Jeśli komuś nadepnąłem na nogę, albo troszkę się rozepchnąłem, sorrrrry… Nie chciałem! Ale zaczęło mi się spieszyć. Bałem się, że stracę tam dużo czasu. Domyśliłem się, że po wybiegnięciu z Łazienek pacemakerzy będą musieli przyspieszyć, żeby nadrobić stracony czas, więc znowu się podczepiłem. I tak się stało. Kolejne dwa kilometry zleciały szybciutko.

Trzymałem tempo. W okolicach mostu Poniatowskiego, 8 km, nie było Kuby, który miał tam kibicować. To też mnie przyspieszyło, bo uznałem, że może stać dalej, a więc lepiej się pospieszyć, żeby go jeszcze bardziej zadziwić formą i przestraszyć przed 4 czerwca :) Chyba tam, potem przy moście Świętokrzyskim i Stadionie Narodowym było najwięcej kibiców. Na Pradze przybijałem piątki dzieciakom. Było super! Szedłem jak burza. Zegarek pokazywał niestworzone wartości, a kilometr za kilometrem zlatywały błyskawicznie. Korzystałem z picia na każdym punkcie, a około 10 km zjadłem żel z pakietu startowego.

W okolicach ZOO dogoniłem pierwszych pacemakerów na 1:50 i ich też wyprzedziłem. Naszła mnie refleksja, że chyba wszyscy ustawili się w złych strefach czasowych, choć to raczej ja stanąłem za daleko. Nie pamiętam, żeby tego dnia ktoś mnie wyprzedził. Z drugiej strony wielki szacun dla wszystkich startujących. Na dystansie ponad 21 km widziałem tylko jednego uczestnika, który maszerował. Było to na pierwszym podbiegu na wiadukt przed mostem, którym wracaliśmy na lewą stronę Wisły. Wtedy poczułem, że obtarł mnie but – zrobił mi się odcisk na śródstopiu. Nie przejmowałem się tym jednak. 3 km, niecałe 15 minut do mety to nie czas na to, żeby przejmować się bólem. To czas żeby cisnąć co sił, choć i tych poczułem pierwszy spadek. Stało się tak z powodu dwóch z rzędu podbiegów – niewysokich, ale jednak. Dopiero przy kolejnym punkcie kibicowania jakiś raper nawijał na freestyle’u i żeby na chwilę zapomnieć o zmęczeniu podbiegłem i przybiłem mu piątkę. Ucieszył się i przez chwilę rapował coś o Biegających Walczakach. Niestety nie usłyszałem już co, ale mam nadzieję, że pozytywnie ;) iReneusz na 19 km tak naprawdę był na 20. Zrezygnowałem ze wspólnego selfie – wolałem brać udział w biegu niż konkursie piękności na fejsie (naprawdę nie rozumiem, ludzi, którzy wzięli udział w tym konkursie i nie, nie próbujcie mnie przekonać, że przerwanie biegu na kilometr przed metą, żeby spróbować wygrać bodajże smartfon jest atrakcyjną opcją). Nagle przestałem się orientować co się dzieje z moimi nogami. Zaatakował je podstępny bruk na Krasińskiego. Wybiło mnie to z rytmu. Zwolniłem, wydawało mi się, że pokonywanie kolejnych metrów zajmuje wieczność. Na szczęście nie było aż tak źle. Biegłem, biegłem i w końcu zobaczyłem metę. Nie miałem już siły na sprint, którą odebrały mi niedawne górki i uderzający od spodu niczym podstępny wirus w jakiejś reklamie leków, kradnący moją moc. Zachowałem jednak tempo i mogłem cieszyć się na mecie z wyniku, jakiego przed biegiem nie byłem sobie w stanie wyobrazić.


Po

Jakieś 50 metrów za linią mety dostałem medal, a jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej picie. Trzeba powiedzieć, że było to dobrze zorganizowane. Może trochę korytarz był za długi, bo żeby wrócić do mamy w miasteczku biegowym musiałbym przejść aż do depozytów na pl. Piłsudskiego i wracać z drugiej strony barierek na pl. Teatralny. Spotkałem Pannę Annę, z którą nawet ktoś zrobił nam zdjęcie. Pogratulowaliśmy sobie i zamieniliśmy parę słów. Wkrótce postanowiłem przeskoczyć przez barierki ciągnącego się w nieskończoność korytarza. Pokarało mnie, bo od razu poczułem skurcz. Na szczęście nie wywaliłem się, a skurcz był króciutki. Mama powiedziała mi, że w ogóle nie wyglądałem na zmęczonego. To chyba oznacza, że mogłem postarać się jeszcze bardziej :) Po wszystkim poszliśmy na kebab, a wieczorem byłem już w Pile przy żonie i dzieciach.

Jak to się stało, że udało mi się pobiec dużo szybciej niż myślałem, że pobiegnę? W jednym czasie zbiegł się szereg zależnych i niezależnych ode mnie czynników. Można powiedzieć, że był to start idealny – taki o jakim marzy każdy sportowiec. A te czynniki to:

- trening doskonały – bez komentarza, polecam książkę „Bieganie metodą Danielsa” oraz „Triathlon – plany treningowe”, obie wyd. Inne Spacery.

- waga startowa – choć jest też książka „Waga startowa”, o moją wagę zadbała Ewa. Dieta „szybka przemiana” i krótki okres po niej, w którym stosowałem zasady zdrowego odżywiania się, pozwoliły mi zrzucić do dnia startu około 9-10 kg, bez przerywania treningu.

- sprzęt – na ten start ubrałem się na krótko i miałem dobre buty. Choć mnie obtarły, uważam, że biegam w nich szybciej niż w innych. Po prostu chyba dystans był za duży jak na połączenie tego konkretnego modelu z moją nogą, albo muszę jeszcze zrzucić kilka kilo. Nie miałem też na sobie nic zbędnego. Koszulka z długim rękawem, którą założyłem przed samiutkim startem, koszulka Biegających Walczaków, krótkie spodenki, skarpety, buty, czapeczka, komin i rękawiczki. Nic więcej. Dawniej przy temperaturze 6 stopni ubrałbym się chyba w kurtkę…

- warunki – wspomniana temperatura pomogła mi w osiągnięciu optymalnych osiągów. Lekkie słońce sprawiło, że momentami nawet żałowałem, że założyłem długi rękaw, ale nie było źle. Trasa też sprzyjała. Pierwsze kilometry na luzie z górki uważam za lepszy rodzaj trasy, ponieważ na ostatnich i tak trzeba grzać i jest ci wszystko jedno czy jest pod górę, czy z górki. Podbiegi na początku mi osobiście trochę odbierają wolę walki.

- chwila refleksji i rady dla początkujących – kilka dni wcześniej uznałem, że muszę poświęcić parę chwil na przenalizowanie tego startu. Ostatecznie nie było tych chwil dużo, ale przynajmniej przeczytałem poradnik Bartka Olszewskiego, który przekonał mnie do ubrania się na krótko i przemyślenia tego co mnie czeka. Dobry plan to podstawa. Plan był taki, żeby robić swoje i jeśli ciało pozwoli, dawać z siebie nieco więcej. Właśnie tak robiłem.

- motywacja – motywacją był wiosenny cel pośredni na start w czerwcu w konfrontacji triathlonowej z Kubą. Później stało się to dla mnie dużo bardziej osobiste. Chciałem sobie udowodnić, że potrafię biegać szybko i że jestem w dobrej formie. Na koniec doszła motywacja zupełnie niespodziewana i nieplanowana… Jednak gdybym nie taka chęć/potrzeba, prawdopodobnie w ogóle bym nie wystartował, nie decydując się na kilkanaście godzin w samochodzie tylko po to, żeby sobie pobiec w półmaratonie.

Po parametry fizjologiczne odsyłam do Movescounta: http://www.movescount.com/pl/moves/move148758824

środa, 15 lutego 2017

Szybka przemiana Ewy i Krystiana



Niestety nie powiem Wam ile dokładnie schudliśmy, bo nasza waga za każdym razem pokazuje co innego. Szacuję jednak, że spadłem na wadze jakieś 6 kg w cztery tygodnie. Taki był efekt diety, na którą przeszliśmy na przełomie stycznia i lutego 2017.

To nie było noworoczne postanowienie. Po prostu Ewa chciała wypróbować tę dietę, a ja ją w tym wsparłem. Sam nigdy nie zmuszałem się do jedzenia według jakiegoś z góry narzuconego planu, tym chętniej postanowiłem spróbować na własnej skórze.

Jest taka strona, szybkaprzemiana.pl. Dzięki temu, że jest dobrze zrobiona, łatwo jest wyszukiwać na niej potrzebne podczas diety rzeczy, na którą przejście nie było trudne. Wystarczyło układać jadłospis na kilka najbliższych dni w gotowej, pustej tabelce (dostępnej na stronie) i robić do tego listę zakupów. Dzięki temu jedzenie się nie marnowało, a trzymając się planu wiedzieliśmy, że jemy właściwie. Do jadłospisu wpisywaliśmy gotowe przepisy, które można znaleźć na stronie, ale kombinowaliśmy też z list składników dostępnych w poszczególnych fazach diety.

Od razu zaznaczę, że nie znam się na „Szybkiej Przemianie”. Po prostu korzystaliśmy z tego co jest dostępne na stronie. Z tego co zrozumiałem zasady są proste. Dzielimy tydzień na 3 fazy – dwa dni pierwszej fazy, dwa dni drugiej fazy, trzy dni trzeciej fazy, a potem powtarzamy, i tak przez miesiąc. W każdej fazie jest lista składników, które można jeść. I tak w pierwszej je się trochę węglowodanów i protein. W drugiej prawie wyłącznie mięso, ryby i warzywa. W trzeciej dopuszcza się dobry tłuszcz roślinny – jest najbardziej liberalna. Z dużych zmian, przestaliśmy jeść pieczywo. Zastępowaliśmy go od czasu do czasu innymi rzeczami. Ziemniaków wcześniej prawie nie jedliśmy, więc ich braku nie odczuliśmy kompletnie.

To, że byliśmy na diecie, nie oznacza, że jedliśmy mało, czy źle. Obowiązkowo pochłanialiśmy pięć posiłków dziennie, z czego główne dania były bogate w dużą ilość warzyw, których czasami nie dało się przejeść. Czy pomyślelibyście, że chili con carne może być dietetyczne? A spaghetti po bolońsku? Tak, jeśli tylko dania zrobione są z odpowiednich składników (na przykład makaron orkiszowy zamiast z pszenicy) i w należyty sposób (na przykład cebula duszona z odrobiną wody, a nie smażona na oleju). W diecie mieszczą się różnego rodzaju brownie, ciasta marchewkowe, czy na przykład szczególnie mi smakująca pieczeń rzymska.

Całość wymaga trochę ogarnięcia się. Pewne rzeczy trzeba przygotowywać wcześniej i nie ma na to rady. Planowanie to klucz do sukcesu, choć niestety samo robienie listy zakupów połączone z tworzeniem jadłospisu na początku zajmowało nawet godzinę. Efekty są jednak zdumiewające. Moja waga spadła z około 81 kg do 75. Nie ważyłem tyle od kilkunastu lat! Od razu stałem się szybszy, a w ostatni weekend podczas parkrunu poprawiłem życiówkę na 5 km – pomimo zimowych warunków na parkowych ścieżkach.

środa, 16 listopada 2016

Krystian „Biega (bardzo) dobrze!”

Biegacze pomagają innym. Jedną z fundacji, które towarzyszą nam od początku naszej biegowej przygody są Spartanie Dzieciom. Po raz pierwszy zobaczyłem ich podczas mojego debiutu w maratonie. Teraz mam okazję wspomóc niepełnosprawne dzieci biegaczy, dla których zbierają pieniądze poprzez udział w moim pierwszym półmaratonie.


Jak wesprzeć fundację Spartanie Dzieciom poprzez moją zbiórkę?


To proste jak raz, dwa, trzy:
  1. Kliknij w ten link: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2276
  2. Wpisz kwotę
  3. Kliknij „DOKONAJ WPŁATY”
 

Na co ja w ogóle zbieram?

Teoretycznie na swoje wpisowe. Jeśli uzbieram 300 zł, zostanę zapisany na bieg. Ale… Od razu zaznaczam, że to nie jest dla mnie dość dobry sposób na zapewnienie sobie wpisowego! Jeśli dobrze przeczytać regulamin, okazuje się, że organizatorzy Półmaratonu Warszawskiego potrącają sobie wpisowe z kwoty uzbieranej przez uczestnika, zatem deklaruję, że bez względu na uzbieraną kwotę i tak dorzucę do akcji 80 zł wpisowego. W praktyce zbieram więc na cele fundacji Spartanie Dzieciom i liczę, że uda się uzbierać przynajmniej 300 zł.

Z akcji „Biegam Dobrze” fundusze zostaną przeznaczone na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych dzieci biegaczy. Koszt jednego turnusu to 1800 zł. „Im więcej uzbieramy, tym więcej uda nam się ufundować. Pomóżcie swoim kolegom, którzy tak samo jak Wy kochają bieganie!” – zachęcają Was do wpłaty Spartanie Dzieciom.

Zobacz komu pomogli Spartanie Dzieciom: http://spartaniedzieciom.org/category/nasi-podopieczni/

Ile wpłacić?


Daj chociaż „zyla” jeśli chcesz zrobić coś dobrego. Zapłać „dychę” jeśli podoba Ci się akcja „Biegam Dobrze” i to, że postanowiłem zadziałać w ten sposób. Daj jeszcze więcej jeśli mnie lubisz, albo jeśli mnie nie lubisz i chcesz żebym pomęczył się przez ponad 21 km!

Dlaczego Spartanie?


Zdążyć z pomocą – to idea, która im przyświeca. „12 września 490 p.n.e. stoczono jedną z najsłynniejszych bitew w historii świata – bitwę pod Maratonem. Ateńczycy zaprosili wtedy Spartan do wspólnej walki przeciwko Persom. Spartanie spóźnili się i mogli już tylko podziwiać pobojowisko. 2500 lat po tych wydarzeniach chcemy dać im kolejną szansę – chcemy aby tym razem zdążyli pomóc i żeby stało się to regułą. Od bitwy pod Maratonem i heroicznego wyczynu Filipidesa, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie i padł z wycieńczenia, wzięła się nazwa biegu maratońskiego. Ponieważ my biegamy, uważaliśmy że połączenie motywu maratońskiego i spartańskiego może stać się symbolem pomocy. Pragniemy, aby biegowi „Spartanie” swoją postawą na trasie uhonorowali wysiłek i heroiczną walkę niepełnosprawnych dzieci oraz ich rodziców o normalne funkcjonowanie w społeczeństwie.” – piszą na swojej stronie. Ale przemawia do mnie nie tylko to, co piszą, ale jak działają i jakie fantastyczne akcje organizują. Oboje z Ewą wzięliśmy udział w „Biegu Serca”, z którego za każde okrążenie pokonane przez biegacza sponsor przekazywał pewną kwotę na cele fundacji. W życiu nie zrobiłem tyle kółek po bieżni! Spartanie Dzieciom sprawiają, że każdy może pomóc – także TY!
Kliknij w zbiórkę i dorzuć choć złotówkę! https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/2276


Na koncie mam dwa maratony, ale jeszcze nigdy nie biegłem półmaratonu.Polecam bardzo gorąco!Krystian
A na koniec Olek na wspólnym zdjęciu ze Spartanami z fundacji Spartanie Dzieciom

czwartek, 27 października 2016

Toczy się gra o wysoką stawkę

Życie pisze różne scenariusze. W sporcie, nie tylko w sztukach walki, często dochodzi do sytuacji, w której uczeń pokonuje mistrza. Tak było w moim wypadku, tylko że już w debiucie. Startując w triathlonie na dystansie 1/4 ironmana w Ślesinie wygrałem z Kubą, który tak naprawdę wkręcił mnie w triathlon. Dał mi książkę, która przeprowadziła mnie przez przygotowania, pokazał jak przykleić żele do ramy, a nawet pożyczył specjalny, triathlonowy, wypasiony pas na numer startowy z napisem „Gdynia” (taaak, ten z połówki Ironmana!). A ja niewdzięczny włożyłem mu ponad 20 minut. Na tym dystansie to przepaść…

Co prawda w ostatnim sezonie Kuba w ogóle nie trenował i w zasadzie można było spodziewać się takiego wyniku. Ale skutek był nie do przewidzenia. Kiedy mój triathlonowy mistrz otrząsnął się po tym wszystkim i zdał sobie sprawę z powagi tej „porażki” zaproponował rewanż i… zakład. Miałem wątpliwości, bo zaczynając przygotowania z tak dużą przewagą, na pierwszy rzut oka jestem skazany na zwycięstwo, ale zakładu nie mogłem nie przyjąć – wyglądałoby jakbym stchórzył, a ja nie boję się wyzwań. Mało tego, to będzie gra o tron… tfu. Gra o tort! Zakładam, że nawet jeśli przegram, to i tak dostanę choć kawałek ;) Oto treść naszego zakładu:
 
W 2017 roku Garmin Iron Triathlon w Ślesinie odbędzie się 4 czerwca. Do startu pozostało mniej więcej 7 miesięcy. Nie mogę lekceważyć wysiłków Kuby, który już teraz ciężko pracuje żeby mnie pokonać. Znam swojego przeciwnika i wiem, że łatwo skóry nie sprzeda. Tak naprawdę zaczął już w lipcu przechodząc 500 km po górach żeby zrzucić trochę masy. Od tego momentu zaczął postępować bardziej przewidywalnie, ale konsekwentnie. Aktualnie ćwiczy według planu treningowego ze wspomnianej książki „Triathlon – plany treningowe” Matta Fitzgeralda – tego samego, albo poziom wyższego od tego, który doprowadził mnie do udanego debiutu. W międzyczasie rozpracowuje już moje wyniki porównując je do swoich. Kiedy skończy będzie wiedział w jakim miejscu się znajduje i ile, w której z trzech dyscyplin składających się na triathlon jeszcze mu do mnie brakuje. W styczniu „odpocznie” od regularnych treningów, a w lutym rozpoczniemy prawdziwy wyścig zbrojeń.

Jak ja wykorzystam ten czas? Wiem tylko z grubsza. Na pewno na 16 tygodni przed startem rozpocznę dedykowany pod te zawody plan treningowy i potraktuję je jako start „A”. Na razie trenuję z doskoku, co nie służy mi dobrze. Nie mając określonego planu, już po kilkunastu dniach bez jazdy na rowerze i biegania zauważyłem, że tracę formę. Pracuję jednak nad sobą. Razem z Ewą gimnastykujemy się przed telewizorem w celu wzmocnienia mięśni głębokich, poprawy sylwetki i samopoczucia. Dzisiaj wróciłem do biegania, a jutro odbieram z serwisu rower. Szukam do niego trenażera – a że szkoda mi trochę pieniędzy, to nawiasem mówiąc trochę przy tym głupieję, ale sprzęt i wydatki z nim związane to temat na inny wpis. Zamierzam obrać cel pośredni na wiosnę – może jakiś półmaraton – co zmusi mnie do regularnych treningów przez całą zimę… Potem będzie kilka dyszek na przetarcie, no i oczywiście tyle Parkrunów ile zdołam – mają idealną długość żeby włączyć je w treningi pod ¼ ale także można je łączyć z jazdą na rowerze robiąc coś w rodzaju przedłużonych zakładek. Zatem do roboty! Oczywiście po drodze czeka mnie jeszcze mnóstwo zakupów sprzętowych i opłacania wpisowego – także na inne triathlony, które planuję na resztę sezonu. Niestety wszystkie zapisy ruszają w listopadzie. Zaczynam się na poważnie zastanawiać czy mnie w ogóle będzie na to stać. Za chwilę podczas jesiennych promocji trzeba będzie upolować piankę i dokupić lemondkę do roweru. Do tego muszę, ale to muszę już kupić nowe buty treningowe do biegania i buty SPD SL z pedałami, bo mam na razie SPD do MTB. Trochę mnie to przeraża, także jakby ktoś coś wiedział o jakichś naprawdę dobrych wyprzedażach, to ja je chętnie sprawdzę ;)

Na razie wszystko sprowadza się do gier słownych i przekomarzania się. Od czasu do czasu wbijam małą szpileczkę w ego mojego rywala żeby nie czuł się zbyt mocny. Z drugiej strony, nie ma co ukrywać, że moje jest nadmuchane jak wielki balon, co może się okazać zgubne, jeśli zapomnę o obiektywizmie. Mamy porównywalne życiówki, ale ja akurat jestem w życiowej formie, po której do czerwca może nie być śladu jeśli jej nie przypilnuję. Oprócz tego, że wierzę w siebie, wierzę też w Kubę i tak naprawdę to trochę mu kibicuje. To on ma tutaj najwięcej pracy do wykonania, nawet pomimo dużo większego doświadczenia w triathlonie, czy samym pływaniu, jeździe na rowerze i bieganiu w ogóle. Jeśli ja wygram, to wygram i może nawet Kubie będzie trochę smutno. Jeśli on wygra, zostanie bohaterem, także po trochu moim...

środa, 7 września 2016

Rowerowe podróże – małe i duże


Jak pewnie pamiętacie, odkąd doznałem złamania zmęczeniowego kości piszczelowej jeżdżę na rowerze. Nie byłbym sobą, gdybym trochę w tym wszystkim nie przeginał, dlatego oprócz regularnego jeżdżenia, ostatnio ukierunkowanego pod kątem triathlonowych startów, od czasu do czasu wypuszczam się z kolegami „za miasto”… Na koncie mamy jak dotąd trzy poważniejsze wyprawy. Dwukrotnie byliśmy w Lublinie, a ostatnio w Toruniu. Za każdym razem wyjeżdżaliśmy spod PKINu w Warszawie. W ekipie na stałe jestem na razie tylko ja, bo tylko ja mam na koncie trzy trasy z trzech przejechane w całości. Klucha i Michał dwie, a Igor dołączył ostatnim razem. Za pierwszym na początku pomagali nam jeszcze Kuba i Marcin.
A ten pierwszy pamiętam jak dziś. Michał był w delegacji i nie zdążył na samolot, przez co nie mógł pojechać ze mną i Kluneyem. We dwóch polecieliśmy na Lublin. Do połowy dystansu towarzyszył nam Marcin, a na odcinek do Góry Kalwarii dołączył do nas Kuba. Potem i Marcin i Kuba – oczywiście planowo - zostawili nas na trasie, a my pruliśmy przed siebie do celu. Mimo tego, że Michał nie dał rady się wybrać, jego mama czekała na nas w domu z ciepłą obiadokolacją i kroplą czegoś mocniejszego dla kurażu. Drugi wyjazd do Lublina to była powtórka, żeby Michał też mógł pokonać tę trasę, pierwszy w filmie poniżej.

Już za pierwszym razem postanowiliśmy, że nie będziemy robili tego bez celu. Kilometry nabijamy na co dzień na treningach, więc jeśli przy okazji można jakoś wykorzystać to, że pedałujemy przez ponad 200 km, to robimy to z wielką ochotą. Za pierwszym razem ten nasz cel dodatkowy był bardzo jasny. Tego samego dnia, kiedy jechaliśmy, w Kona na Hawajach startował Michał Podsiadłowski, który zresztą jest z Lublina – to Michała kolega ze szkoły. Postanowiliśmy, że w ten sposób będziemy mu kibicować i tak się zaczęło. Michał Podsiadłowski napisał o nas na swoim zawodniczym profilu. Poza tym dobrze mu poszło – był najlepszy z Polaków. Drugim razem cel podsunął Klunio – pomoc w zbieraniu kasy na leki dla chorego na raka pracownika WP, w której we trzech z Michałem pracowaliśmy kiedyś razem. Gdy jechaliśmy do Torunia, cel wymyśliłem ja – trochę na chybił trafił. Na grupie triathlonowej zobaczyłem stronę baaardzo młodej, utalentowanej zawodniczki, która odnosiła sukcesy, ale uległa wypadkowi, przez co wylądowała na wózku. Ponieważ ma szanse na powrót do sprawności, postanowiliśmy, że jadąc do Torunia będziemy tak po prostu trzymać za nią kciuki. Fajne to takie, bo w sumie od serca. Nikt tutaj niczego od nikogo nie wymaga poza tym, żeby zwrócić uwagę na tę drugą osobę. Pomyśleć o jej problemach, może nawet postawić się na chwilę w jej sytuacji i powiedzieć: Hej Marta, naprawdę, szczerze, z całego serca chcę, żebyś wróciła do formy i wierzę, że kiedyś to nastąpi. To takie proste i dzięki samej Marcie wiem, ile to może dać radości i powera dla kogoś, kto był w pełni sił, a teraz walczy o to by poruszyć stopami.
Do rzeczy!
Słońce miało wzejść o 5:50. Umówiliśmy się z Michałem pod Pałacem o 5:30. Przyjechałem na miejsce o 5:20 i czekałem dobre kilkadziesiąt minut… Nic to, Michał na spotkania ze mną często się spóźnia (chyba ja też powinienem zacząć i wtedy obaj będziemy razem przychodzili zakładając sobie jakiś mały marginesik błędu). Przed nim zjawił się Igor, którego właśnie poznałem – członek grupy na Facebooku, na której Michał postanowił zaprosić chętnych na kolarski wypad. Po zrobieniu wspólnych zdjęć wyjechaliśmy około 6:00 z minutami. Jeszcze zanim przekroczyliśmy granicę Warszawy okazało się, że Igor ostro pruje do przodu. Wszystko przez Michała, który dość życzeniowo określił średnią prędkość na trasie zapraszając kolegę do wspólnej jazdy. Wkrótce dogadaliśmy się i było już normalnie. Zmienialiśmy się na prowadzeniu mijając Kampinos i kierując się w stronę Żelazowej Woli.
Byłem już przy grobie Fryderyka Chopina oraz w miejscu, gdzie złożone jest jego serce, ale po raz pierwszy trafiłem pod dom jego narodzin – tak samo jak do Płocka, gdzie zjedliśmy ciepłe drugie śniadanie. To jednak nie koniec zwiedzania. Po postoju w Lipnie zaczęło wiać, co w jakiś sposób rozwaliło mnie na drobne kawałki. Od 170 km nie mogłem wykrzesać z nóg żadnej mocy i przez spory kawałek musiałem siedzieć u chłopaków na kole. Na podjazdach zostawałem z tyłu i nic nie mogłem na to poradzić. Na domiar złego w pewnym momencie zgubiliśmy się. Opracowana wcześniej trasa najwyraźniej prowadziła przez las po drodze z czarnym, głębokim szutrem. Nie mogliśmy nią jechać. Za Płockiem zdarzyło nam się komisyjnie olać dwa objazdy i przez jeden nawet przeprowadzić rowery, ale nikt nie mógł wiedzieć ile tej leśnej drogi będziemy mieli do pokonania. Dlatego pojechaliśmy dalej asfaltem. Musieliśmy robić jeszcze kilka postojów żeby zorientować się w sytuacji. Zdecydowaliśmy się na jazdę wzdłuż Wisły – źle, za krótko i nieuważnie spojrzałem na telefon Igora, przez co miałem zły ogląd sytuacji. Dotarliśmy do Bobrowników – gdzie też nigdy nie byłem – i tam usłyszeliśmy, że droga, którą chciałem podążać ma 20 km więcej niż sądziłem. Dla Igora oznaczało to koniec marzeń o zdążeniu na pociąg, na który kupił sobie bilet i przez internet przebookował go, żeby wracać z nami. Dostaliśmy też wskazówkę, żeby dostać się na prom przez Wisłę, dzięki czemu zaoszczędzimy kawał drogi. Skorzystaliśmy z niej.
Prom do Nieszawy to był prawdziwy odpał. Sam nie wiem jak to opisać. To trzeba przeżyć. Takiej przygody nie planowaliśmy. Znów przydarzyły nam się pierwsze razy. Po raz pierwszy płynęliśmy promem z kołami napędowymi po bokach niczym w parowcach na rzece Missisipi. Po raz pierwszy także płynęliśmy na promie, gdzie grano muzykę na żywo. Discopolowo-biesiadne utwory serwował człowiek orkiestra z klawiszami, gitarą i mikrofonem. Hit rejsu? „Samba chujamba”...
Nawigowanie w myśl „koniec języka za przewodnika” sprawdzało się, więc brnęliśmy w to dalej. Wskazano nam drogę, a w zasadzie trasę rowerową prowadzącą przez Ciechocinek – w którym także byliśmy po raz pierwszy – aż do Torunia. Trasa skończyła się w lesie, ale na szczęście znaleźliśmy przebicie do głównej szosy. Jadąc ruchliwą krajówką nie było miejsca na pogaduchy, czy zastanawianie się nad przerwami, czy trasą, więc wkrótce dotarliśmy do tablicy z napisem „Toruń”. Tak się składa, że od pierwszego wyjazdu do Lublina tańczymy przy tablicy z nazwą miejscowości. Wzięło się to stąd, że Klunio zapamiętał scenę z filmu „Jak rozpętałem II Wojnę Światową”, w której Franciszek Dolas tańczył, gdy zobaczył tablicę z napisem „Lublin 25 km”. Nie inaczej było w Toruniu. (link: https://youtu.be/7_2ZVaZiErU?t=33m52s)
To jednak nie koniec przygód. Po pokonaniu jakichś 230 km musieliśmy dotrzeć na stare miasto, pod pomnik Kopernika. Jakimś cudem wylądowaliśmy na moście, który był jakąś drogą szybkiego ruchu. W jednym momencie okazało się, że jedziemy dwupasmową jezdnią, a na oddzielonym barierką chodniku jest regularna ścieżka rowerowa. Co więcej, słońce już zachodziło i byliśmy coraz mniej widoczni. Trzeba było przyspieszyć, żeby jak najszybciej skończyć ten niebezpieczny przelot. Na dużym zmęczeniu było to dobijające uczucie. Potem jechaliśmy już tylko ścieżką, aż do celu. Pozwoliliśmy sobie nawet na piwo w „Jadwidze”, a w drodze na pociąg zdążyliśmy kupić pierniki – w ostatniej chwili przed zamknięciem sklepu. Było świetnie. Całą drogę powrotną wspominaliśmy miniony dzień i już jaraliśmy się tym, co przyniesie przyszłość i nasze kolejne wyprawy. Napisała też Marta, że śledziła to, co wrzucaliśmy na Facebooka komentując naszą drogę i że bardzo jej było miło oglądać zdjęcia jak trzymamy zaciśnięte kciuki w różnych miejscach po drodze. Na pewno na tej podróży nie poprzestaniemy!


niedziela, 4 września 2016

Bieganie na spontanie

Ewa wraca do regularnych treningów, a ja się roztrenowałem. 
Od czasu do czasu wybieram się na trening – a to kolarski, a to poćwiczę przed telewizorem z żoną, albo pójdę pobiegać. 
Tak naprawdę od startu w Gdyni nie byłem na basenie. A nie! Przepraszam. Byliśmy na basenie będąc w Ostrowcu Świętokrzyskim. Nie był to jednak trening a zabawa z synem. 
Najmłodsza latorośl została pod opieką babci, a my we trojkę wyskoczyliśmy na pływalnie. Wychodząc zobaczyliśmy plakat reklamujący bieg i po kilkudziesięciu minutach od tego faktu, ustalając wcześniej, czy babcia zechce nam kibicować zapisaliśmy się. 
Ewa na piątkę. Ja na piątkę i dychę – bo nie mogłem się zdecydować. A kategoria wiekowa Olka pozwalała na wystartowania na 100 metrów.
W Ostrowiec GutwinRun nie było medali – buuu… Ale poza tym to świetna impreza. Zanim tam nie poszliśmy, nie wiedziałem, że w moim rodzinnym mieście istnieje środowisko biegowe, które prężnie działa. Może nie ma tam Parkrunu, ale są regularne treningi BiegamBoLubię, no i te biegi. 
Przez całe lato można tam wystartować w maratonie i półmaratonie na raty. My skusiliśmy się na jedną z ćwiartek.

To był upalny dzień, a my byliśmy po dwóch tygodniach wakacji. Mimo tego i trudnego terenu udało nam się uzyskać jakieś niegłupie jak na nasze możliwości czasy. 
Nie przeszkodził nam nawet głęboki piach często spotykany w lasach okalających Ostrowiec. Ścieżki wokół zbiornika/kąpieliska na Gutwinie do najłatwiejszych do biegania nie należą.


W pierwszym biegu daliśmy z siebie wiele. Ewa czuła wielką radość z ukończenia pierwszych zawodów po porodzie. Mocno podciągnęła tempo względem treningów, tym bardziej jestem z niej bardzo dumny. Ja po piątce czułem się już na tyle źle, że wiedziałem, że nie będę się porywał na nie wiadomo jaki wynik na dziesiątce. Pobiegłem na początku treningowo, ale na koniec i tak udało mi się przyspieszyć. Jak zwykle najlepszym z biegających Walczaków okazał się najmłodszy. Olek zajął w swoim biegu trzecie miejsce! 
Hip hip, huraaaaaa!