piątek, 26 sierpnia 2016

Relacja ze sprintu Herbalife Ironman 70.3 Gdynia

Marka znana na całym świecie, duże M z kropką – symbol ludzi z żelaza. W świecie triathlonu tego rodzaju stal jest dobrze namagnesowana i przyciąga z nieprawdopodobną siłą. To właśnie aura imprez spod tego znaku skłoniła mnie, aby się zapisać na jedną z nich. W roku swojego debiutu chciałem zasmakować wielkiego świata tri przez duże t. Udało się! A apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Na początku uściślijmy, że startowałem 6 sierpnia 2016 (dzień przed głównymi zawodami) na dystansie sprint (0,75 km pływanie, coś ponad 20 km rower i 5 km bieganie – połowa olimpijki, czyli jak 1/8 tylko z pływaniem prawie jak do 1/4). Co prawda traktowałem to jako start A, ale po debiucie w Ślesinie (starcie próbnym B), nie było kwestii „czy”, ale „w jakim stylu” go ukończę. Nie było jednak tak różowo jakby mogło się wydawać. W dniu naszego przyjazdu niebo nad Gdynią – chyba moim ulubionym miastem w Polsce – było stalowe. Niby wszystko się zgadzało – bo to kolor żelaza z węglem o zawartości poniżej 2% węgla - ale pierwsze wrażenie skutecznie popsuł deszcz.



Tam rowery zostawia się w strefie zmian dzień wcześniej, wiec po przyjeździe w piątek od razu udaliśmy się na Skwer Kościuszki. Zmoczył nas deszcz. Przemokliśmy do suchej nitki jeszcze zanim dotarliśmy do biura zawodów. Chciałem pokazać Ewie kawałek mojego ulubionego miasta i postanowiłem, że do expo dojdziemy bulwarem. Do tej pory uważałem, że tam nigdy nie pada. Autentycznie – żyłem w takim przeświadczeniu. Jakoś wyparłem z głowy wielką ulewę podczas burzy jaka rozpętała się tam po jednym ognisku. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest inaczej niż sądziłem.

Po odebraniu numeru nadeszła pora, kiedy to rodzina uczestnika zawodów musi sobie zorganizować czas, a on sam musi się skupić i oddalić, by przygotować sobie wszystko w strefie. Zanim do niej wszedłem, pokazałem sędziom rower, kask itp. ale i tak zostałem cofnięty, żeby wszędzie nakleić numer startowy. Nie do końca mi się to udało. Na deszczu wszystko rozmiękło, a klej nie trzymał. Wspominając restrykcyjne kary, o których czytałem w regulaminie zacząłem się załamywać. Chodziłem po strefie jak potłuczony patrząc, jak rowery mokną w deszczu. Krople wody spływały mi po głowie i wpadały do oczu. Dodatkowo system workowy, o którym przecież czytałem, i na który teoretycznie byłem przygotowany oraz plan strefy i rozmieszczenie wieszaków, spowodowały, że zacząłem się stresować, że nie wszystko uda mi się dobrze ułożyć. Kręciłem się tam załamując ręce i nawet przez chwilę myślałem, żeby zadzwonić do Kuby (mojego triathlonowego mentora) i mu się zwyczajnie wyżalić, wypłakać do słuchawki. Doszedłem jednak do wniosku, że mam jeszcze czas następnego dnia na ewentualne poprawki i po prostu, jak zwykle kiedy mam jakiś problem, powoli zacząłem robić swoje. Poszedłem pod daszek serwisu Shimano, przycupnąłem za zgodą panów serwisantów na stoliku serwisowym i zacząłem pakować worki. Klej na kasku nie trzymał, ale uznałem, że pewnie nie tylko mi. Nawlekałem numer startowy na świeżo zakupiony pas i jakoś wszystko posegregowałem. Zawiązałem worki na supeł, zawiesiłem na wieszakach, okryłem rower folią i wyszedłem.



Ewa siedziała w kawiarni pod parasolem, ale cały czas padał ulewny deszcz. Dzieci nie chciały zanadto współpracować, przez co ją też zaczęły opuszczać siły – że tak to delikatnie nazwę. Zostawiłem ją jednak samą jeszcze na jedną, malutką chwilkę, na odprawę. W sprawie naklejek sędzia uznał, że numery „muszę” mieć na kasku i odesłał mnie do biura zawodów. Tam zaproponowano mi zmianę numeru startowego. Nie zgodziłem się i postanowiłem, że sam coś wymyślę. Dlaczego? Miałem numer 100! Nigdy nie oddałbym takiego numeru. Okazja występu pod tak okrągłym, fajnym i szpanerskim numerem może mi się już nigdy nie przytrafić.

Do pensjonatu wracaliśmy późno, a wszyscy byli przemoczeni. Trzeba było zamówić pizzę, bo nawet na wizytę w restauracji na jakąś solidniejszą obiadokolację byliśmy zbyt przemoczeni i zmarznięci. Znowu nie mogłem spać i przez pół nocy przewracałem się z boku na bok. Dopiero rano wrócił optymizm. Wyszło trochę słońca, a w międzyczasie udało mi się wymyślić, że przecież mogę przykleić numery startowe na przykład plastrem. Dojechaliśmy na miejsce, poszedłem do strefy, gdzie wszystko sprawdziłem, przykleiłem numery i rozwiązałem supły na workach oraz dopompowano mi koła (a jakże, full serwis). Zrzuciłem niepotrzebne ciuchy, oddałem worek z nimi do depozytu i poszedłem na plażę. Dostałem kopniaka na szczęście od Ewy, buziaka od Olka i słodki uśmiech od Duśki. Po wieczornej niepewności nie było już śladu. Wszedłem do strefy rozgrzewkowej i czekałem na start.


Gdy pierwsza fala sprintu stała na plaży nie czułem aż tak dużych emocji jak w Ślesinie. Oklaski przed startem były jakieś cichsze. Nie spieszyłem się, ponieważ czas w Gdyni jest mierzony netto. Wpadłem do wody i wkrótce zacząłem płynąć. Z tego elementu byłem najmniej zadowolony. Szybko dostałem się pomiędzy jakichś dziwnie płynących ludzi – cały czas dostawałem po głowie. Mimo twardego postanowienia olewania tego zjawiska, jakoś nie dałem rady trzymać techniki i jakoś tak zabrakło mi konsekwencji. Wyszedłem z wody po około 17 minutach – czyli jak na treningu, trochę gorzej niż założyłem. Nawet nie bardzo kręciło mi się w głowie, ale prawdziwe jaja zaczęły się w namiocie do przebierania. Podłoga była tam drewniana i cały czas się bujała, gdy ktoś biegł. Musiałem usiąść, żeby założyć buty.

Na rowerze gnałem jak dziki. Tuż przed zawodami zmieniłem piastę i moja maszyna pędziła jak wiatr. Trochę go zresztą było, ale jak to zwykle bywa na pętli, wiał tylko w jedną stronę. Uda paliły, ale nie odpuszczałem. Jednak najbardziej tego dnia byłem zadowolony z biegania. Długi podbieg, którego trochę się bałem, okazał się nie tak bardzo stromy, a czas jaki wykręciłem oscylował w okolicach życiówki na piątkę. Tylko jak do mety dobiegłem, to jakoś tak mi się smutno zrobiło, że to już, że koniec… Chciałoby się więcej.


Wynik? 1:25:04, o 5 minut lepiej niż zakładałem. Gdybym w T2 nie wracał po worek, żeby oddać go do strefy zrzutu, byłoby poniżej 1:25. Zająłem miejsce 344, pod koniec pierwszej połowy stawki, więc jak na tri, to dla mnie całkiem nieźle. Pływanie 00:17:04 – bez rewelki (499 miejsce po pływaniu). A rower 00:37:26! Gdyby brać pod uwagę sam rower, byłbym 267. Jak już wspomniałem, pobiegłem blisko życiówki 00:24:46 (369. wynik). Czuję się usatysfakcjonowany.

Na długo zanim przyjechałem nad zatokę, komukolwiek bym się nie pochwalił (z ludzi zainteresowanych tematem), że startuję w Gdyni, wszyscy jak jeden mąż gratulowali mi wyboru. „Świetna atmosfera” – mówili. „Nigdzie nie jest tak fajnie jak tam” – mówili. „Do Gdyni po prostu trzeba przyjechać” – mówili. I wiecie co? Mieli rację. Gratulacje dla Justyny (TriChange – moja zmiana poprzez triathlon). Gratulacje dla Klunia, który startował dzień później na połówce. Zjechała też masa znanych osobistości, blogerów, których czytuję – tam byli chyba wszyscy. Za dwa lata ja też wracam - na „połówkę”.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zasłużone wakacje!

Po zgrupowaniu w Pile przygotowującym nas do kolejnej części sezonu (o którym można przeczytać TU-klik) nadszedł czas upragnionych wakacji. Pojechaliśmy na Pojezierze Złotowskie, do malutkiego miasteczka wypoczynkowego Kujanki leżącego nad wielkim jeziorem Borówno. Dla mnie to mały powrót do przeszłości. 22 lata temu byłam tam z rodzicami na wakacjach. Wtedy nawet zrobiłam kartę pływacką! Ha. Jest tam co robić i można aktywnie wypoczywać. Co też uczyniliśmy. W drugim tygodniu do nas dojechała rodzina Sportowej Mamy – czyli Asia i Kuba z córeczkami. I razem z nimi biegaliśmy i pływaliśmy.

Podsumowanie dwutygodniowych wakacji Biegających Walczaków w liczbach.

Bieganie: 58,75 km
Lwia część dystansu to moje treningi. Razem przebiegłam 45km. Z czego 29 w drugim tygodniu z Asią. Pierwszy raz biegałam z kimś innym niż własny mąż. Fajne doświadczenie. Dzięki Asia! Było naprawdę super.
Krystian przebiegł się raz. Pobiegli z Kubą chcąc zrobić 8km. Ale chłopaki się zgubili i wyszło im 14.
Gdzieś pomiędzy Zakrzewem a Kujankami 

Chodzenie: 15,08 km
Tym razem wózek Idy przeważnie stał, a nie jeździł. Ale nie było czasu na tak prozaiczne czynności jak spacery. Przygoda wzywała.
Takie widoki podczas spacerów po lesie z Duśką

Pływanie: 3,49 km
Zaliczaliśmy treningi open water w pięknym jeziorze Borówno. Najgorsze były pierwsze momenty. Ilość podwodnej roślinności mnie przerażała i sprawiała wrażenie jakby coś miało mnie wciągnąć pod wodę. Na szczęście za pomostem nie było ich już przy powierzchni i można było się rozkoszować pływaniem.
Płyniemy z Asią. 


Jazda na rowerze: 44,34 km
Tutaj to Krystian się wykazywał. A ja ani razu nie wsiadłam na rower. Pierwszym razem najpierw zabrali z Kubą na przyczepkę dzieciaki. Za drugim objechali jezioro, odnaleźli zamek (o którym więcej się mówi, niż z niego zostało), i… popsuli rower Kuby w trudnym terenie.
Żeglarstwo: 9,15 km
Dystans trzeba pomnożyć gdzieś pewnie razy trzy. Łódkę wypożyczoną mieliśmy przez cały dzień i pływaliśmy prawie 7godzin.
Za sterem Kapitan Walczak

I nasz hit! Badminton: 2,1 km
Graliśmy zestawem otrzymanym od naszych kolegów w prezencie ślubnym... yyyy.... 9 lat temu. Chłopaki! Świetny prezent, w końcu się doczekał swojego czasu. Mam nadzieję na więcej takich treningów. Bo trzeba przyznać - to świetny sposób na poruszanie starych kości.
Gramy!

I jeszcze nie zapominamy o rowerkach wodnych i kajakach. Dobry wujek Krystian zabierał wszystkie dzieci będące z nami, a bywało ich sześcioro, na przejażdżki. Z jednej wrócił cały mokry, jak po dobrym treningu biegowym.


I tak w skrócie wyglądały nasze wakacje. Już nie możemy doczekać się kolejnych.
Ewa

wtorek, 2 sierpnia 2016

Sprawozdanie ze zgrupowania Biegających Walczaków w Pile


Team Biegających Walczaków spędził dwa tygodnie lipca w Pile celem odnowy i odbycia przygotowań do drugiej części sezonu letniego. Plan został zrealizowany w 200%. 
Dziękujemy za tę możliwość Rodzicom, Teściom i Dziadkom Szukalskim. Bez nich plan nie udał by się wcale. 
Poniżej kilka liczb na podsumowanie:

- ilość treningów na boisku szkolnym: 1
Raz wzięliśmy z Olkiem rower i pojechaliśmy na boisko szkolne. Uparcie tarzał się w piasku ćwicząc skok w dal. Na 200-metrowej bieżni zrobił kilka kółek na fulla – oczywiście z przerwami, jako przygotowanie do czekających go we wrześniu zawodów z okazji Maratonu Warszawskiego. Może coś tam mu w nogach zostanie…

- ilość treningów biegowych: 13
Ja wykorzystywałem górki, których w Pruszkowie brakuje żeby się przyzwyczaić przed startem w Gdyni, podczas którego bieg wiedzie najpierw mocno pod górę. Ewa wybierała różne trasy.

- ilość treningów pływackich na basenie: 3
Dwa razy byłem na basenie sam, a raz z Olkiem i jego dziadkiem. Dziadek był pod wrażeniem, że młody w ogóle nie boi się wody. Po moim treningu pływackim, ćwiczyliśmy jeszcze zjazdy w rurze – o mało nie zgubiłem okularków.

- ilość treningów na wodach otwartych: 3
Raz byliśmy całą rodzinką i trenował głównie Olek. Innym razem udało mi się przepłynąć jakieś półtora kilometra. Jeszcze innym razem ja zostałem w domu, a Olka w kole ratunkowym z Zygzakiem McQueenem asekurował dziadek.

- ilość treningów kolarskich: 6
Wyjeżdżając na dwa tygodnie nie mogłem nie zabrać roweru. Testowałem nowe dla mnie odcinki szos wokół Piły. Było magicznie. Znalazłem nawet kawałek asfaltu w lesie na terenie obszaru Natura 2000. Parę razy jeździł też Olek.

- ilość wizyt w serwisach rowerowych: 6
Na pierwszym treningu pękła mi szprycha i odkryłem, że skończyły mi się klocki. Gość, który to wymieniał źle wycentrował koło. Na drugim treningu odkryłem dodatkowo, że coś mi hałasuje w piaście, więc udałem się do innego magika. Ten wycentrował koło, ale na piastę nie miał czasu – podawał termin odbioru roweru na za tydzień. Na trzecim treningu piasta rozsypała się, więc i tak nie mając na czym jeździć mogłem poczekać. Zdecydowałem się na wymianę, która potrwała krócej, a ostatni trening zrobiłem z najwyższą średnią prędkością podczas całego wyjazdu – brawo pan z serwisu/sklepu Kolarz!

- ilość treningów na przyrządach: 14539
Ida non stop trenowała na bujaczku. Nóżki w przód, nóżki w tył, nóżki w przód, nóżki w tył – a bujaczek wesoło się kiwał. Nasze wiecznie uśmiechnięte, młodsze dziecko jest w tym względzie samowystarczalne. Starsze wykorzystywało natomiast każdą okazję, żeby dopaść trenażer cioci. Liczą się też wyjścia na plac zabaw.

- ilość treningów badmintona: 1
Dziękujemy za to popołudnie Piotrze, Beato i Edi! 

- ilość zrobionych zdjęć: 1
Przez cały ten czas bawiliśmy się tak dobrze, że kompletnie nie zawracaliśmy sobie głów robieniem zdjęć. Dopiero na sam koniec Ewa zrobiła jedno. W zasadzie tylko dlatego, że stwierdziła, że jeszcze nigdy nie robiła selfie w windzie… Co tam fotki, liczą się fantastyczne chwile (w Pile)!


Nawet nie czuje jak rymuje

Krystian

piątek, 24 czerwca 2016

Bieg dla Słonia 2016 – relacja

„Bo to historia, bo to marzenia…” pod takim hasłem odbywał się nocny bieg dla upamiętnienia Artura Hajzera. „Bo to historia godna przypomnienia” – tak dalej leci ta piosenka, zatem przypominamy. Otwórzcie w nowym oknie (nie osadziliśmy playera bo embedowanie wyłączone), przypomnijcie sobie postać i czytajcie dalej: https://www.youtube.com/watch?v=Q50athn0KSc

Wziąłem udział w tym biegu, bo chciałem to zrobić od jakiegoś roku, tak dla idei. Kiedy zobaczyłem, że ruszyły zapisy nie zwlekając ani chwili zarejestrowałem się i tak zostawiłem ten temat „jakiejś tam piątki” – jak myślałem o technicznym aspekcie tego biegu. Dopiero dwa dni temu postanowiłem sprawdzić co tak naprawdę będzie się tam działo. No niby gdzieś tam było napisane, że spotykamy się na Kopie Cwila na Ursynowie, ale byłem pewien, że będziemy biegać dokoła tej góry. Tymczasem mapka trasy mówiła co innego. Nawet dobrze jej nie oglądałem, bo stwierdziłem, że nie ma się co przejmować. 5 pętli, pięć podbiegów – wytrzymam! Okazało się też, że jest to bieg towarzyski, bez pomiaru czasu, więc nie ma się co stresować - pełen lajcik.

Z racji pory, na bieg pojechałem sam. Na miejsce dotarłem wcześniej, bo chciałem zobaczyć obiecany film z archiwum himalaisty. Fajny, bo autor chyba chciał żeby było fajnie, ale wiele mówiący zarazem. Była w nim opisana historia akcji ratunkowej po tym, gdy złamał nogę na wysokości powyżej 7000 m n.p.m. Został uratowany i historia skończyła się dobrze, ale miał przy tym niesamowite szczęście, że byli z nim świetni ludzie, którzy mu pomogli. Niewielu wyszło z takiej opresji…

Stanęliśmy na starcie i dowiedziałem się, że na szczyt wbiega się nie 5, ale 10 razy. Było za późno żeby się martwić. Padło hasło start i ruszyliśmy. Najpierw zbieg, potem kawalątek po płaskim i stromy podbieg. Udało się! Potem znowu zbieg i dłuższy kawałek po płaskim.
Czułem się komfortowo, poza tym, że czasami brakowało mi tchu. Zanim dotarłem do drugiego podbiegu minąłem pacemakera na 6:00. Jest dobrze! – pomyślałem. Wbiegłem na górę i troszkę zacząłem oszczędzać siły, ale bez przesady. Potem szło już z automatu. Dopiero po trzecim kółku zacząłem podchodzić końcówki tego bardziej stromego podbiegu, ale bez wielkiej straty tempa. Idąc szybkim krokiem udawało mi się wyprzedzać biegnących wolniej. Zapomniałem czołówki z auta, a już było dość ciemno. Na szczęście jest tam trochę latarni. Trasa była praktycznie nieoznaczona, ale na szczęście nie trudna, więc po pierwszym kółku załapałem i nie gubiłem się, gdy nie było nikogo przede mną.

Tym, którzy zaglądają tu po raz pierwszy muszę przypomnieć, że na zawodach aktualnie biegam w tempie około 5 min/km. W Pruszkowie, gdzie mieszkamy i trenujemy mamy dwa podbiegi – jeden wiadukt ma jakieś 4 m przewyższenia, a drugi z 5. Tymczasem kiedy dotarłem na metę zegarek pokazał średnie tempo 5:33. Przeżyłem lekki szok. Faktem jest, że na zbiegach szło mi nieźle i udawało mi się tam zasuwać dość szybko, ale i tak jestem zaskoczony. Nie goniłem też jakoś strasznie po płaskim, a było nieźle, pomimo 10-krotnego wtarabanienia się na sporą jak na moje przyzwyczajenia górką.

Link do zapisu GPS: https://www.endomondo.com/users/8321723/workouts/753378187

Był to bieg towarzyski z fajną atmosferą. Na koniec odebrałem medal w kształcie słonia, zjadłem ciacho, wziąłem kubeczek wody i ruszyłem w stronę auta przybijając piątki z tymi co jeszcze byli na trasie. Cały dzień był bardzo sympatyczny. Zacząłem od zakładki (godzina rower + 10 min biegu) rano, a wieczorem bieg. Oba treningi niewiele się różniły, ponieważ mimo później pory temperatura ani trochę nie chciała spaść.






Piszę tak późno, bo po biegu wpadłem jeszcze do przyjaciela na imprezę. Jeszcze raz sto lat Przemku od nas wszystkich!

Krystian

wtorek, 7 czerwca 2016

Relacja: Garmin Iron Triathlon – Ślesin 2016, DEBIUT dystans ¼ IM

Stałem 10 metrów za linią mety. Na zegarze przelatywały kolejne cyfry. W strefie finishera byłem już dobre 10 minut i trzymając w ręku kubeczki z wodą, czekałem na Kubę, bez którego prawdopodobnie nigdy by mnie tam nie było. Z głośników popłynęła piosenka In The End - Linkin Park i nagle zachciało mi się płakać. Przez głowę przeleciały mi tysiące obrazów. Jak na dłoni widziałem ostatnie 16 tygodni ciężkich przygotowań. Myśli, które mnie tutaj zaprowadziły dojrzały. Emocje jakie w sobie kumulowałem wreszcie mogłem uwolnić. Dotarło do mnie co się stało.
 
 
Do Ślesina, z Kubą, wyruszyliśmy w sobotę po obiadku. Na początek zajechaliśmy na miejsce zawodów. Obejrzeliśmy strefę zmian na rynku. Zeszliśmy na bulwar i przeszliśmy do miasteczka finishera. Odebraliśmy pakiety, obejrzeliśmy składające się może z pięciu namiotów expo i wróciliśmy do samochodu. W drodze do Konina, gdzie spaliśmy, przejechaliśmy pętlę rowerową. Kuba zna ją bardzo dobrze, ale ja chciałem obejrzeć jakie tam są wzniesienia – nie to żebym się ich bał, ale wokół Pruszkowa, gdzie trenuję, poza kilkoma wiaduktami nie ma ani jednej górki, więc chciałem sobie porównać. Na szczęście nie wyglądało to wszystko jakoś tragicznie. Trasa widokowa - z pętli widać bazylikę w Licheniu.
 
 

Do hotelu przy rynku w Koninie dobiliśmy wieczorem. Okazało się, że cały mamy dla siebie. Facet z recepcji zostawił Kubie klucze od drzwi frontowych i zniknął. Super! Wnieśliśmy rowery, ustawiliśmy na przestronnym korytarzu. Wyskoczyliśmy jeszcze na iście mistrzowski posiłek – przypadkiem trafiliśmy na pizzę serwowaną w lokalu sygnowanym nie przez kogo innego, jak przez mistrza Włoch w robieniu pizzy! Dałem się nawet namówić na jedno piwo. Śmieszne było to, że za oknem latali jacyś paramotolotniarze – to był wieczór pełen niespodzianek, którego resztę przegadaliśmy. Naklejaliśmy i nawlekaliśmy na gumki numery startowe (w triathlonie jest ich po kilka) i pakowaliśmy sprzęt. Omawialiśmy przy tym taktykę, ale też bardzo dużo czasu poświęciliśmy moim przygotowaniom. Trochę mnie to zbiło z pantałyku, bo poczułem, że zbliża się dzień próby. Długo nie mogłem zasnąć. Na domiar złego około 4:00 nad ranem ktoś wbił się do hotelu, narobił hałasu, czym nas pobudził i zniknął. Potem znowu trudno było zmrużyć oko. Rano czułem się strasznie.
 

Na śniadanie spałaszowaliśmy kolejny mistrzowski posiłek – bułkę z bananem. Naszym dodatkiem, jakże uwielbianym przez sportowców zajmujących się dyscyplinami wytrzymałościowymi była jakaś wersja nutelli. Ten ulepek postawił mnie na nogi. Odpaliłem motywującą muzykę… Najpierw pakowanie, a potem jazda samochodem na miejsce upłynęły nam w bojowym nastroju.
 
Pierwszy stres
Zanim wszedłem do strefy zmian, w trzech miejscach na moim ciele wymalowano mój numer startowy. 190 na dłoni, 190 na ramieniu i 190 na nodze. „Od tej pory jesteś tylko numerem” – pomyślałem. Nawet na numerze-numerze, tym co się zakłada na rower i bieg, nie było imienia. Pewnie taki obyczaj… Przed wejściem do strefy trzeba też było pokazać kask. Miałem go w plecaku, zatem z daleka było widać że ja jestem „nowy”.
 

Kuba poszedł rozkładać swoje rzeczy, a ja poszukałem swojego miejsca i zacząłem wykładać swoje. Mnóstwo miejsca – pomyślałem. Ładnie ułożyłem wszystko w dwóch dużych plastikowych pojemnikach z Ikei, w jakich Olek trzyma klocki Lego. Moja radość nie trwała jednak długo. Za chwilę podbiegł jakiś czujny kolega i kurtuazyjnie zapytał: „Czy jesteś pewien, że przysługują ci dwa pojemniki?” Skąd miałem wiedzieć? Na szczęście z odsieczą nadciągnął Kuba. Oczywiście okazało się, że mogę wykorzystać jedną kuwetę, a tak w ogóle, to w złą stronę powiesiłem rower. Cóż… Człowiek się uczy. Finalnie jakoś udało mi się wszystko ułożyć. Na stanowisku miałem nawet pompkę, dętkę, łyżkę do opon i kilka kluczy. Ciekawy patent podrzucił mi Kuba. Żele, które zamierzałem spożyć, przykleiłem do ramy taśmą, taką, którą łatwo można zerwać, dzięki czemu nie musiałem się martwić o pakowanie ich po kieszeniach.
 
Relaks
Gdy w strefie wszystko było już na swoim miejscu, poszliśmy do miasteczka finishera. Kupiliśmy sobie po kawce z mleczkiem i udaliśmy się w cień, żeby z dala od zgiełku spróbować się wyluzować. Po kawie popijaliśmy izotoniki i wodę, przez co, raz po raz któryś z nas biegł do toi toia. Tych było zdecydowanie za mało. Gdy zbliżała się godzina startu zanieśliśmy rzeczy do depozytu, a potem wróciliśmy na plażę.
 
START!
Kiedyś z Ewą obejrzeliśmy film „Ze wszystkich sił”. To bardzo wzruszająca historia, a jednocześnie bardzo motywująca. Kiedy tak staliśmy na tej plaży i żartowaliśmy sobie z innymi zawodnikami, nagle wszyscy zaczęli klaskać – dokładnie tak jak na filmie. Czas zwolnił bieg. Wtedy poczułem, że to nie są przelewki. Szybko zanurzyłem się w wodzie, żeby po starcie nie doznać szoku. Jeszcze minuta. Jeszcze 30 sekund… Piątka mocy z Kubą. Życzyliśmy sobie powodzenia. 10… 9… Padł strzał!
 
Nie czekałem. Od razu wszedłem do wody. Wiedziałem, że muszę przeżyć pierwszą w życiu „pralkę”. Kilkaset osób z plaży o szerokości może 50 metrów jednocześnie weszło do wody i zaczęło płynąć w tym samym kierunku. Wyobrażam sobie, że pomiędzy rybami w olbrzymiej ławicy odległości są proporcjonalnie większe niż pomiędzy triathlonistami po starcie. Wiedziałem, że dostanę kopniaka w głowę, że będę tłuczony po rękach itp. Okazało się, że nie jest aż tak strasznie. Poza tym moje podejście było takie, żeby grać w tę grę. Po prostu starałem się przemieszczać do przodu.
 
W ogniu walki
Na pierwszej boi zrobił się korek. Zatrzymałem się na chwilę, ale kiedy przekonałem się, że to jakiś taki sztuczny zator, wróciłem do tego co robiłem wcześniej, czyli zacząłem płynąć. Przebiłem się i już prawie było ok. Z jakiegoś powodu ze dwa razy przytopiłem się, ale byłem dobrze nastawiony i dzięki temu opanowany. Tylko na chwilę wybiło mnie to z rytmu. Pomyślałem: pamiętaj o technice. Od tej pory już konsekwentnie płynąłem. Czułem wodę i rytm. Tłok się skończył. Tylko jeden facet co chwilę przepływał mi przed nosem – po prostu nie trzymał kierunku i strasznie go nosiło. Potem był mostek oznaczający połowę dystansu i druga bojka już na innym jeziorze. Gdy zaparowały mi okularki tak, że już nie widziałem, napuszczałem do jednego z nich wodę i po kilku ruchach ramion wylewałem. Sprawdzało się – dawałem radę nawigować. Ten manewr powtórzyłem w sumie dwa razy. Pod koniec szło mi już całkiem nieźle. Nawet moje poczucie czasu podpowiadało, że tempo jest całkiem dobre. Z wody wyszedłem na czworaka. Gdy złapałem pion, zegarek pokazywał 22 minuty – 3 minuty lepiej niż zakładałem.
 
Fota by t-run.pl

Po pływaniu podbieg na rynek do strefy zmian był ciężki, tym bardziej, że wciąż kręciło mi się w głowie. Ogarnąłem się przy rowerze. Kask, a w kasku okulary i numer startowy. Potem buty, w butach skarpetki. Dzięki temu kolejność trudno pomylić. Lecimy! Wpadłem czarną bramą, wypadłem… największą. „Belka” była namalowana na jezdni – dopiero za nią można było wskoczyć na rower. Musiałem omijać zawodników złapanych przez sędziów za próby ujeżdżania aluminiowych lub karbonowych rumaków wcześniej. Przeszedłem za „belkę” i ruszyłem przed siebie.
  

Jest moc!
Rower w triathlonie zalicza się bez draftingu. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie ma tutaj możliwości siedzenia przeciwnikowi na kole. Jak się kogoś wyprzedza, należy zachować prostokąt 7x2 m. Nie można zbliżyć się do zawodnika przed nami na 7 metrów, a przy wyprzedzaniu, należy się od niego odsunąć na dwa metry. Zachowanie tego prostokąta w Ślesinie jest niemożliwe. Niejednokrotnie szerokość drogi jest mniejsza niż 2 m. Nie wspomnę, że wielu zawodników, których wyprzedzałem jechało środkiem jezdni – co zrozumiałe, bo unikali dziur. Ale wyprzedzałem! O Panie! Jak ja ich wyprzedzałem! Bałem się, że zaraz się wypalę, że za chwilę poczuję ból w udach, a zaraz po nim niemoc. W pewnym momencie ogarnąłem swoim małym rozumkiem co tak naprawdę się dzieje.
 
Byłem w gazie. Może wolno pływam, ale na rowerze zrobiłem ileś tam treningów na progu mleczanowym, więc mocniejsze kręcenie mi nie straszne. Co więcej, widziałem, że niektórzy rywale popełniają szkolne błędy, takie jak kręcenie na ciężkim przełożeniu na wzniesieniu, tam gdzie ja łykałem ich na wyższej kadencji z większym luzem w gaciach – to nie jest wiedza tajemna, czytałem o tym w iluśnastu artykułach z poradami, nawet na najinfantylniejszych serwisach kolarskich. Wreszcie, pierwsza połowa pętli była pod wiatr i to na niej były największe podjazdy. Te podjazdy paradoksalnie pomagały, bo osłaniały od wiatru. To właśnie na nich wyprzedzałem najwięcej. W drugą stronę było bardziej z górki i z wiatrem – 37 – 40 km/h na budziku aż koła szumią z radości, a do tego prawie się odpoczywa, kocham ten stan! A jeśli dobrze czytam to: http://www.startlist.pl/profil/16110,walczak-krystian, to po rozwinięciu takiej zakładeczki, okazuje się, że na rowerze wyprzedziłem około 70 osób. Dla mnie to niewiarygodne!
 
Krzyczałem „brawo kibice” do wszystkich, którzy wylegli z domów i zagrzewali do walki choćby przez podniesienie w górę kciuka. Dzieci, młodzież, dorośli i starcy, całymi rodzinami obserwowali co się dzieje, kiedy przez ich małe skupiska domostw przelatywali kolarze. Wydawało się, że niektórzy po prostu wyjątkowo przenieśli grilla zza domu przed niego. To było bardzo sympatyczne. Czułem moc, radość i uśmiechałem się do tych wszystkich ludzi. Machałem im tak, jak oni mi machali. Wiedziałem, że będzie dobrze. Choć zacząłem lekko tracić rachubę, kilometry i czas wydawały się zgadzać jak trzeba. Miałem dobre tempo. Kilometry były też wymalowane na asfalcie. Na drugiej pętli tylko odliczałem: 5 km = mniej niż 10 min do strefy, 3 km = mniej niż 6 min do strefy. Wchłonąłem drugi żel – pierwszy na początku roweru – i popiłem izo. Właśnie się kończyło – wymierzyłem idealnie.
 
Przed „belką” zsiadłem z roweru, wpadłem do strefy i łapie mnie sędzina. „Zapnij kask, kask odpinamy dopiero jak odwiesimy rower” – powiedziała. Pomimo walącego jak młot serca, po kilku sekundach zrozumiałem komunikat. Zapiąłem kask i mnie puściła. Faktycznie, gdzieś to już czytałem – może w regulaminie… Rower odwieszony, ściągam kask, łapię czapeczkę. Zakładam buta… Co to? W bucie zostawiłem żel – uff jak dobrze, że go zauważyłem, a nie pobiegłem z żelem w środku. Ruszając na trasę biegową przybiłem piątkę z jednym z organizatorów, w czapeczce Wings for Life World Run – takiej jak moja.
 

 
Róbmy swoje
Zakładałem, że podczas biegania będę miał tempo na poziomie 6 min/km. Kiedy już złapałem rytm – bo na początku po rowerze zawsze biegnie się szybciej – miałem tempo na poziomie 5:30 min/km. Wiedziałem już, że będę grubo przed czasem. Wszystko co musiałem zrobić, to dowieźć tę przewagę nad samym sobą - przewagę nad Krystianem z treningów, bo to na ich podstawie wyznaczyłem zakładany czas. Tłukłem zatem te ostatnie kilometry. Korzystałem z bufetów. Złapałem kilka kostek lodu, które wrzuciłem z tyłu w trisuit. Natychmiast spadły na sam dół – tam gdzie wkładka, tzw. pampers! Aaa! Tempo skoczyło mi do 5:00 min/km. Na szczęście na chwilę.
 
Zagadywałem kolegów, dopytałem się o ilość kółek do zrobienia, pozdrawiałem kibiców, korzystałem z natrysków – jednego na bulwarze, z drugiego u jakiegoś pana, który wyszedł z wężem przed ogródek. Może trochę pajacowałem, ale głównie po to, żeby za bardzo nie przyspieszać. Nie zależało mi na tym – następnym razem. Na zawrotce przed metą głośno liczyłem kółka. Wiedziałem, że muszę trzy razy minąć tamto miejsce i za czwartym będę mógł wbiec na metę. Złapałem kontakt z wolontariuszkami i krzyczałem do nich „I”, a one pokazywały, że mam biec na pętlę. „II!” i znowu na pętlę…
 
Na podbiegu na rynek ustawiła się dziewczyna z „Garnkiem Mocy”. Jak ja jej jestem za to wdzięczny! Zamiast myśleć o tym podbiegu, tak jak niektórzy, co szli, albo potem za metą marudzili na trasę, machałem do tej dziewczyny, uśmiechałem się do niej, a ona tłukła w ten garnek i odwdzięczała się uśmiechem. Nim się obejrzałem byłem w połowie. Kompletnie nie zauważałem tej górki. Nawet mi tempo nie spadało, choć sam starałem się tam biec wolniej i nie marnować energii.
 
„III!” – krzyknąłem. Odpowiedziały - „Pętla!”. Wiedziałem jednak, że to ta ostatnia. Zegarek pokazywał spory zapas. Na ostatnim kółku żegnałem się z „Garnkiem Mocy”, z panem co polewał wężem z ogródka, z mijanym skateparkiem, w którym tego dnia jakby ktoś kazał wykonywać triki, to pewnie też dałbym radę, z mostkiem pod którym przepływałem a teraz po raz czwarty przebiegałem. „IV?” – krzyknąłem pokazując metę. „TAAAK!” – zawołały, a ja ruszyłem w stronę upragnionego celu. Założyłem, że uda się to po 3h. Zegar pokazał 2h 51 min.
 
Medal zawisł na mojej szyi, a zaraz potem Filip Szołowski – główny organizator całego zamieszania – osobiście zapytał mnie, tak jak każdego zawodnika, czy na pewno pokonałem 4 kółka biegiem. Wyszło na to, że się doliczyłem, choć gdyby organizatorzy ustawili jakieś tablice wyznaczające kolejne kilometry, byłoby ciut łatwiej… Nieważne – tę uwagę przekazałem w ankiecie, która też była po zawodach. W sumie organizacja była bardzo PRO. Tyyyle się działo! Cały czas akcja. Kocham bieganie, ale dziś już wiem, że nie ma porównania – nieważne, czy jesteś w środku, czy na końcu stawki, w triathlonie cały czas sytuacja zmienia się niezwykle dynamicznie. Nie było krwi i potu. Łzy pojawiły się, jak już wspomniałem, dopiero 10 min później, jak to wszystko zaczęło do mnie docierać. Cały czas był ogień sami wiecie skąd i czułem takiego POWERA jak chyba jeszcze nie czułem przy żadnych innych zawodach. Czemu to zawdzięczam? Moim zdaniem PRZY GO TO WA NIU! No i Kubie, który dużo mi pomógł, a na którego ja czekałem na mecie.
 

Jak wyglądały moje przygotowania?
Zacznijmy od tego, że nie jestem jakimś wymiataczem. Moje wyniki w bieganiu nie imponują nikomu poza mną, ale wciąż je poprawiam. Jestem typowym amatorem, niezbyt szybkim gościem, który po prostu stara się robić co w jego mocy, żeby być coraz lepszym.
 
Zanim stanąłem na brzegu jeziora Ślesińskiego w tłumie chyba 500 osób w takich samych, błękitnych czepkach. Zanim wszyscy zaczęli klaskać zagrzewając się do walki, wiele się działo. Czytając tego bloga wiecie, że spotkała mnie kontuzja. Wiecie też, że długo nie mogłem biegać. Zacząłem jeździć na rowerze, a kiedy ortopeda powiedziała, żebym poszedł na basen, trochę na przekór zdecydowałem, że wystartuję w triathlonie, który za sprawą takich kolegów jak Kuba, czy Piotrek – obaj wiedzą – stawał się dla mnie coraz mniej obcy i nieprzystępny. Od słowa do słowa, razem z Kubą zarejestrowaliśmy się na Ślesin pierwszego dnia zapisów.
 
Przez ostatnie dwa lata dużo się nauczyłem, ale jeśli miałbym samodzielnie układać sobie plan treningowy, to jednak wciąż wolałbym go zrobić na podstawie jakiegoś innego planu od prawdziwego fachowca, albo w konsultacji z kimś. Do gotowców podchodzę z kolei bardzo sceptycznie i potrafię już ocenić czy dana konstrukcja planu może mi zaszkodzić, czy pomóc. Jednak triathlon był dla mnie czymś zupełnie nowym. Tak się złożyło, że Kuba wydał książkę „Triathlon – plany treningowe” Matta Fitzgeralda i podarował mi jeden egzemplarz. Bardzo mi te plany przypasowały. Bez trudu dobrałem swój poziom trudności i zacząłem go realizować punkt po punkcie. Trochę trudności – zwłaszcza podczas pływania - przysporzyła mi używana tam Klasyfikacja Odczuwanego Wysiłku, ale wkrótce i ją opanowałem. Był luty, a ja śmigałem na rowerze. Na szczęście pogoda w tym roku dawała radę – nie mam trenażera. Plan zrealizowałem w 90%, bardziej modyfikując i zamieniając treningi niż je opuszczając. Jak nie było pogody na rower, szedłem biegać. Jak następnego dnia też nie było pogody na rower, wsiadałem na ergometr wioślarski. Jak zaczynała boleć mnie noga, zamiast biegania robiłem rower – raz mi się to zdarzyło. Opłaciło się. Ostatnich kilka treningów pływackich zrobiłem na otwartej wodzie – to też mi sporo dało.
 
W moim planie było dużo treningów na progu mleczanowym. Jak się okazało świetnie się sprawdziły na moim poziomie zaawansowania – czyli drugim najsłabszym. W okresie przygotowawczym dwukrotnie pobiłem życiówkę na piątkę podczas Parkrunu w Pruszkowie i zrobiłem nową życiówkę na 10 km w III Pruszkowskim Biegu Wolności – na tydzień przed ¼ IM. A teraz uwaga! Wszystko to zrobiłem biegając maksymalnie – powtarzam: maksymalnie – 1h 48min w tygodniu. Rzadko kiedy przekraczałem 20 km biegania tygodniowo i to z nadprogramowymi Parkrunami, które traktowałem jako zakładki. Nawet nie poczułem, jak zaczęły przychodzić fenomenalne efekty. Chyba jeszcze nigdy nie czułem takiej mocy i takiej wytrzymałości. Wniosek? „Małymi kroczkami” – jak powiedział Kuba – można wiele zdziałać.
 
W tym tygodniu regeneracja. W przyszłym zaczynam przygotowania do sprintu (klasycznego, czyli 750 m pływania, a reszta jak w 1/8) w Gdyni. Będzie trudniej – bo morze, bo wszystko na większej intensywności, bo bez Kuby, który przyjdzie z odsieczą w strefie zmian. Trudno będzie pobić proporcjonalny czas, ale jestem dobrej myśli.
 
Sprzęt
Ponieważ nie chciałem kupować sobie zabawek, które zaraz rzuciłbym w kąt, a poza tym nie jestem typem gościa, który wydaje kupę kasy bez sprawdzenia pewnych rozwiązań, moje podejście do sprzętu było minimalistyczne. Daję przykład, że wcale nie trzeba wiele, żeby pobawić się w ten sport.
 
Największą inwestycją był strój startowy marki Dare2Tri za 250 zł, zakupiony w TRI Outlet. Nie wiem czy to podróba, czy po prostu jest słabej jakości, ale napisy już się poodklejały. Na treningu dwa razy obtarł mnie źle wykończony koniec zamka błyskawicznego. Mimo to na zawodach sprawdził się świetnie i nie zamierzam zmieniać go w tym roku. Jest tak wygodny, że niedawno nie poczułem nawet, że mam w kieszonkach telefon i klucze, z którymi poszedłem pływać… Przy okazji, sorry za jakość zdjęć - taki mam teraz telefon.
 
Nie kupowałem, ani nie wypożyczałem pianki. Uznałem, że nie znam się na tym, nie wiem z czym to się je, nie wiem jak w tym się pływa i że ściąganie tego w strefie zmian może mnie kosztować więcej czasu niż zyskam w wodzie. Uważam, że wszystko trzeba testować przed startem. Trisuit dobrze przetestowałem w wodzie.
 
Dysponuję kolarką Hi-Bike Tour SL z 2012 roku bodajże, którą kupiłem jako używaną w zeszłym roku za 1000 zł – normalny, aluminiowy rower na osprzęcie Shimano SORA. Jedną korbę mam inną, a drugą inną, bo musiałem wymienić jedną z mojej winy. Koła kupiłem pod koniec zeszłego roku za 200 zł – namówiony przez sprzedawcę w sklepie, do którego przeszedłem serwisować stare koła. Jedyną inwestycją było tutaj czyszczenie piasty na tydzień przed startem, ponieważ nie byłem zadowolony z tego jak to wszystko się toczyło. Niby wiedziałem już wcześniej, ale w Ślesinie przekonałem się na własnej skórze, że rower sam nie jedzie. Wyprzedzałem ludzi na dużo lepszych sprzętach.
 
Mam pedały SPD MTB. Buty na rower mam damskie, z Lidla - kupiłem je w promocji za 50 zł. Chodziło o to, że Lidl nie sprzedaje butów męskich w moim rozmiarze (41), a ja chciałem się przekonać z czym się je to SPD. I tak zostało. Co prawda mają różowe sznurowadła, ale dobrze mi się w nich jeździ, więc nie widzę powodu, żeby teraz inwestować. Może za rok.
 
Biegłem po prostu w swoich najlepszych butach do biegania - w Asicsach, które używam zarówno na treningu, jak i na zawodach. Nie używam startówek, ponieważ nie biegam tak dobrze, żeby mogły mi pomóc, a z moją kontuzją lepiej nie zakładać twardych butów nawet na chwilę. Wszystkie pozostałe akcesoria, takie jak kask, okulary do jazdy na rowerze, pływackie itp. po prostu mam od dawna, albo dostałem w jakimś pakiecie startowym, albo od kogoś w prezencie. Pas na numer startowy pożyczyłem od Kuby.
 

Dobrnęliśmy do końca. Pytania zadawajcie poniżej, albo przez Facebooka Biegających Walczaków – odpowiem nawet na te pt. „A co ten gość wie o trenowaniu żeby się mądrzyć?” Ano niewiele, ale wiem co mi może zaszkodzić, a to połowa sukcesu. Mogę też podać tytuły książek, które przeczytałem i ludzi, z którymi rozmawiałem. Aha… Niedługo Inne Spacery opublikują moją rozmowę z Mattem Fitzgeraldem J
 
Krystian
p.s Wpis ten dedykuję żonie, za wytrwałość, jak praktycznie codziennie znikałem na treningach, a ona zajmowała się dzieckiem, a potem dwójką – bo w międzyczasie przyszła na świat Ida. Jeśli to czyta, to po długości tekstu można zauważyć, że jest baaardzo wytrwała ;) Jest najlepsza i niedługo, wracając do startów po ciąży, też będzie wymiatać. Wierzę w nią!

czwartek, 12 maja 2016

Wings for Life World Run 2016 oczami kibica

Z tą imprezą jesteśmy związani od początku. W pierwszej edycji w Poznaniu startowaliśmy razem z Ewą. W drugiej byliśmy na miejscu oboje, ale ze względu na moją kontuzję i obowiązki służbowe tylko Ewa pobiegła. W trzeciej Ewie nie udało się pojechać do Poznania ze względu na obowiązki domowe, a ja byłem tam ze względu na obowiązki służbowe, ale także ze względu na coś jeszcze… Szczerze jaram się tą imprezą i jaram się wynikami Polaków – o tym nie będę się rozpisywał, bo wszystko zostało już napisane tutaj. Napiszę o atmosferze, która tam panowała.

Już w sobotę, kiedy przechodziłem koło biura zawodów, wyczułem w powietrzu taką specyficzną aurę, która towarzyszy największym biegom w tym kraju. Dziewczyny z biura przechwytywały praktycznie każdego kto tam wchodził i rozjaśniały wątpliwości jeszcze zanim zadało się im pytania. Ludzie oglądali mapę trasy, szukali się na liście startowej, odbierali pakiety i robili sobie zdjęcia na ściance. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę 8 maja było widać, że ludzie przychodząc na bieg spotykają starych znajomych, że są tam całymi grupami – z przyjaciółmi lub z rodzinami. I ta atmosfera była coraz bardziej podniosła, coraz bardziej wkręcająca, ciesząca oko i niezwykle budująca. Bo to wspaniale że tylu biegaczy – nie tylko takich niedzielnych, ale nawet całkiem doświadczonych – postanowiło wesprzeć badania nad leczeniem rdzenia kręgowego i dać nadzieję tym, którzy nie mogą chodzić.
 
 
I wystartowali! Stałem jakieś 10 metrów przed bramą startową, wysoko na trybunie, wiec widziałem wszystko dokładnie. Z pierwszych linii najszybsi, dalej wolniejsi – zgodnie ze stref startowych, bo bardzo sprawnie. Wybiegnięcie wszystkich z Malty trwało około 4 minut. Na końcu maszerowali ci, którzy postanowili symbolicznie wziąć udział w tym wydarzeniu i wesprzeć samą ideę. Kiedy patrzyłem na chłopaka, który ledwo szedł, a za nim jechał już tylko zamykający trasę samochód straży miejskiej, łzy napłynęły mi do oczu.

Pół godziny później na trasę wyjechały samochody pościgowe, a za kierownicą pierwszego zasiadł sam Adam Małysz. Podczas biegu były bardzo fajne akcenty. Z roku na rok jest pod tym względem coraz lepiej. Na trasie były przeróżne, wesołe transparenty, pompony, przebrania, przybijanie piątek, hałas itp. Bardzo fajnie zrobiła Asia Jóźwik. Z powodu przygotowań do Rio nie mogła pobiec za dużo – biegi uliczne ani trochę nie wpisują się w jej przygotowania do średnich dystansów. Dobiegła do 12 km, a skoro meta nie nadjeżdżała, zawróciła i dopingowała innych. W końcu dotarła na punkt odżywczy gdzie podawała wodę i polewała nią tych, którzy chcieli. Tam musiała być najlepsza zabawa. Organizacja tego biegu jest fenomenalna, ale kibice i uczestnicy są przewspaniali! Duma! Serce rośnie!

Z upływem czasu sytuacja na trasie zagęszczała się – to znaczy, że było na niej coraz mniej zawodników. W Wings for Life World Run – biegu o kompletnie odwróconym porządku zdarzeń - końcówki są najlepsze! Każdy kto był na Malcie, wlepiał wzrok w telebim. Trybuny przez cały czas były pełne. Nie umniejszając polskim zwycięzcom, którzy dali radę, jednak to co najbardziej przykuło uwagę widzów, to walka Dominiki Stelmach w Australii i Bartka Olszewskiego w Kanadzie. To było piękne! Kiedy po przekroczeniu 80 km Bartek wyrzucił picie za siebie, wszyscy cieszyli się tak samo jak on. To było fantastyczne. Wszyscy się tym pasjonowali.

Tak się złożyło, że miałem też okazję być na lotnisku gdy Bartek przylatywał do Polski. Powitanie, jakie zgotowali mu ludzie, których trenuje z FMW Runners było niesamowite. Był czerwony dywan, trąbki i mnóstwo przysmaku Bartka – Nutelli. I wtedy słowa, które pisał na swoim blogu, nabrały wielkiej mocy. On nie lubi, gdy ktoś mówi że do biegania ma się talent. „Do biegania można mieć predyspozycje” – mówi. „Reszta to ciężka praca”. I on sam pokazał, gdzie ta ciężka praca może zaprowadzić. Oczywiście ta praca musi być mądra. Bieganie nie polega tylko na nabijaniu kilometrów. Czasami mądrość objawia się tym, że wie się kiedy jakiś trening, czy nawet jakiś start odpuścić. Bartek trenuje i biega bardzo mądrze. I choćby połowy jego mądrości w treningu wszystkim biegającym życzę!


p.s Będąc w Poznaniu zaliczyłem pierwszy w tym sezonie, ale bardzo krótki trening open water. Jak było? Jednym słowem: brrrrrrrrrr….
 
 

niedziela, 17 kwietnia 2016

Relacja: IV Bieg Sto-Nogi i ¼ Milanowskiej Mili – 17.04.2016

Można startować w największych, najlepiej obsadzonych i zorganizowanych z największym rozmachem biegach, ale nic nie może się równać z tymi lokalnymi, organizowanymi na kilkaset osób, gdzie wszyscy się znają. Jeśli już startuje się w biegach ulicznych, takich imprez po prostu nie można omijać. Tam zawsze panuje świetna atmosfera i piątki przybija się nie tylko z kompletnie obcymi ludźmi. Wśród wielu, coraz lepiej znanych twarzy, tym razem spotkaliśmy Elizę z rodzicami – to ta dziewczynka, która jest najszybsza w Parkrunie w Pruszkowie. Tym razem wygrała ¼ Mili Milanowskiej. Byli też zaprzyjaźnieni biegacze - Alicja z mężem Maćkiem, który pobiegł i na dyszkę i na milę. Nie zawiódł doktor Potocki – lekarz Olka. I była też Julita, która prowadzi fanpage Pikselowy Pruszków, i która regularnie robi zdjęcia na Parkrunie. Tym razem też robiła zdjęcia, a potem wystartowała w Milanowskiej Mili i wygrała! Nie mogła zrobić sobie zdjęcia jak stoi na podium, więc zrobiła zdjęcie kibicom z perspektywy podium – cały albumtutaj. Podrzuciła nam też kilka fotek, które tutaj (oprócz medali), oczywiście dzięki jej uprzejmości publikuję.

©Julita Gontarczyk
Jest jeszcze jeden powód, dla którego zapragnąłem wziąć udział w Biegu Sto-Nogi – to fantastyczny medal. Jeśli napisze, że były to jednocześnie Mistrzostwa Świata Geografów i Mistrzostwa Polski „Pilotów i Personelu Pokładowego” w biegu ulicznym na 10 km, na pewno bez trudu rozpoznacie go na poniższym zdjęciu. Dla mnie jest piękny! Do Milanówka wybraliśmy się całą (od miesiąca czteroosobową) rodzinką i z ciocią Olka, Edi, która przyjechała do nas w odwiedziny. Dzień był piękny. To pierwszy tak ciepły dzień w roku – było ponad 20 stopni. Dobrze, że zadbałem o nawodnienie.


Organizacja biegu stała na bardzo wysokim poziomie. I nie jest to czcza paplanina. Atest PZLA, fachowy pomiar czasu, biuro zawodów z prawdziwego zdarzenia, mnóstwo wolontariuszy, pełna informacja (łącznie z numerem na komórkę do organizatorów) na stronie i na mailu, mapy sytuacyjne strefy startu – wszystko to o tym świadczyło. Łyżką dziegciu w beczce miodu może być to, że wyglądało to jakby srebrne medale dostawali wybrani, ponieważ kilka osób, które przybiegły na metę mniej więcej w tym samym czasie co ja i później je dostali, a ja i wielu innych załapaliśmy się na brązowe. Niefajna była też nawierzchnia trasy i jej kształt z bardzo ciasnymi nawrotami – ale to już raczej nie do organizatorów pretensja a do władz Milanówka. Może za rok już nie będzie się do czego przyczepić :P
Jak pobiegłem? Poniżej własnych oczekiwań, ale też bez zaskoczenia. Nie było życiówki, więc planu minimum nie wypełniłem. Ten będzie musiał poczekać do biegu na 10 km w Pruszkowie pod koniec maja. Nie było zaskoczenia, ponieważ prawie nie biegam. Trzeba pamiętać, że bieganie w tym roku nie jest moim priorytetem. Mój trening do triathlonu to niecałe 20 km biegu w tygodniu – maleńko. Ale chroni to moją nogę przed nawrotem kontuzji, a cała reszta pozwala utrzymać kondycję biegową na przyzwoitym jak na mnie poziomie. No i tydzień w treningu miałem ciężki. Dzień przed biegiem, oprócz długiej jazdy rowerem, zaliczyłem też długi spacer po zabytkach stolicy z rodziną i ciocią Olka. W sumie na dychę wyszło ponad 51 minut. Na początku trzymałem tempo kilka sekund poniżej założonego. Koło czwartego kilometra gdzieś mi siły uciekły. Odbiłem się od psychicznego dna na koniec, ale zamiast finiszować, już tylko powłóczyłem nogami. Cóż… Następnym razem!
©Julita Gontarczyk
Jak pobiegł Olek? Olek wystartował w ¼ Mili Milanowskiej wraz z innymi dzieciakami. Niestety wszystkie roczniki biegły razem, co oznaczało, że musiał rywalizować nawet ze starszymi od siebie. Na starcie został poturbowany przez innych, ale podniósł się i ruszył do przodu. Zdarzało mu się raz czy dwa krzyknąć, że opada z sił, ale słowa „otuchy” z mojej strony przynosiły skutek. Systematycznie wyprzedzał kolejne dzieciaki i odrabiał stracone pozycje. Na metę nie wpadł w czołówce, ale to, że przebiegł 400 metrów bez zatrzymania uważam za duży sukces. Niestety trudno orzec, który był, ponieważ pobiegł na metę, zamiast ustawić się w kolejce do sczytania kodu z numeru startowego, jaka niespodziewanie ustawiła się jeszcze daleko przed linią mety. Też dostał bardzo ładny medal…
 
Potem poszliśmy do parku gdzie wydawano posiłek regeneracyjny, nastąpiła dekoracja najlepszych i losowanie licznych nagród. Niestety na żadną się nie załapaliśmy. Ale miło spędziliśmy dzień. Olek bawił się z Elizą i nowo poznanym kolegą. Po wszystkim Ewa załapała się na bonusa, kiedy pan w sklepie spytał ja o dowód jak kupowała mi piwo.

©Julita Gontarczyk

sobota, 19 marca 2016

Poradnik: Jak zrobić Marzannę?


Jeśli wydaje Wam się, że blog biegowy to niewłaściwe miejsce na takie poradniki, przeczytajcie tę historię.
Organizatorzy Parkrun Pruszków zapytali biegaczy, kto przygotuje Marzannę na powitanie wiosny. Ewa postanowiła zapytać Panią Marysię z przedszkola Olka, czy dzieci nie mogłyby takiej zrobić. Pani stwierdziła, że to świetny pomysł i dzieci przystąpiły do dzieła. Kiedy w piątek przyszedłem po Olka do przedszkola, zobaczyłem to:

Marzanna zrobiona w Źródełku

„Nie przypuszczaliśmy, że wyjdzie nam taka ładna” – powiedziała Pani Marysia. „Czy mogli byście jej nie topić?” – zapytała. My też nie spodziewaliśmy się, że dzieci zrobią 1:1 ludzką postać z bibuły, która będzie tak ładna. Cóż było robić. Trzeba było w ekspresowym tempie zrobić zastępczynię Marzanny, taką do topienia. Prosto z przedszkola pojechaliśmy z Olkiem do sklepu i na chybił trafił kupiliśmy kolorową bibułę. W domu zaczęło się konstruowanie. Wykonanie całej Marzanny trwało około dwóch godzin. Staraliśmy się nie kombinować i w jak największym stopniu naśladować tę z przedszkola.
Konstrukcja naszej Marzanny opiera się na dwóch listewkach połączonych na krzyż za pomocą taśmy klejącej. Pionową owinęliśmy zieloną bibułą, tak jak u tej z przedszkola. Żeby nie musieć jej wypychać, użyliśmy dwóch tekturowych pudełek, które dały nam wypełnienie przyszłego kształtu całej postaci pani Zimy. Początkowo głowa miała być z balona, tak samo jak w tej przedszkolnej, ale w którymś momencie gdy cała konstrukcja się przewróciła balon pękł i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Głowa powstała z trzech kartek papieru sklejonych ze sobą taśmą klejącą. Na środkowej Ewa narysowała buzię.
 
Potem skleiliśmy głowę od tyłu, zwinęliśmy na dole i papierowy „kielich” przykleiliśmy od dołu do pionowej listewki. Od góry wrzuciliśmy zwinięte kartki papieru, żeby Marzanna nie miała zupełnie pustej głowy. Górę zawinęliśmy i zakleiliśmy.
 
Oklejanie całości zaczęliśmy od żółtej bibuły na sukienkę. Najpierw porobiliśmy na niej zakładki, a potem po prostu owinęliśmy nią Marzannę w pasie. Żeby spódnica nie wisiała, wypchaliśmy ją od spodu zieloną bibułą – podobnie jak w przedszkolnej. Potem była bluzka z połowy niebieskiej bibuły, a z drugiej połowy powstały „naramienniki” (półrękawki). Braki uzupełniliśmy różową bibułą robiąc zimie szal i rękawki. Naddatek na końcach rąk, przewiązany sznurkiem, nagle stał się rękami. Na końcu Ewa zrobiła włosy z kolorowych pasków z bibuły, które przykryły czubek poklejonej głowy. Przymocowaliśmy je na złożoną na pół (tak żeby się kleiła z dwóch stron) taśmę klejącą i obwiązaliśmy przepaską wykonaną z dwóch, skręconych ze sobą, kawałków bibuły. Zostało tylko zamaskowanie braków i klejenia. Wystarczył pas z czerwonej, metalizowanej bibuły, na który dla ozdoby (także na złożoną na pół taśmę) przyczepiliśmy złotą kokardkę.
 


Nasza Marzanna oczywiście nie umywała się do tej, którą wraz z panią wykonały przedszkolaki i o której niektórzy biegacze na pruszkowskim Parkrunie mówili, że „nigdy wcześniej nie widzieli tak pięknej marzanny”. Ludzie robili sobie z nią zdjęcia i wszystkim naprawdę się podobała. Zgodnie z prośbą, została ocalona i niebawem wróci do przedszkola. Za to jej zastępczyni została poniesiona na most nad Utratą. I wiecie co się stało? Zaczął padać śnieg. W powietrzu rozbrzmiewała piosenka na melodię krakowiaka o pożegnaniu zimy, a białe płatki leciały z nieba. Zaszczyt wrzucenia Marzanny do wody przypadł Olkowi. Chyba wrzucił ją dobrze, bo w chwili kiedy to piszę, za oknem świeci piękne słońce, a chmury zniknęły. Tradycji stało się zadość!
Najlepsza trójka wiosennego Parkrunu z przedszkolną Marzanną

Kolorowy przemarsz na most nad Utratą

Żegnamy zimę!

Zima odpływa do morza i niech nie wraca zbyt prędko!
 
Krystian
 
 
 

sobota, 13 lutego 2016

Biegające Walentynki!


Czy wiecie, że podczas biegu odczuwa się dokładnie to samo, co będąc zakochanym? Naprawdę! A dzieje się tak na skutek wydzielania się w naszym organizmie endorfin. Właśnie dlatego tak bardzo Biegające Walczaki lubią biegać razem – oczywiście, gdy tylko jest to możliwe.

Sobotni, walentynkowy Parkrun był świetną okazją, żeby wyrazić swoją miłość. Dlatego ja pobiegłem z przyczepionym do bluzy serduszkiem z napisem „Kocham Ewę!”, a Olek z hasłem „Kocham babcię!”. Byliśmy jak dwie biegające walentynki J


Olek zadebiutował w biegu na 5 km z silną wolą ukończenia. Niestety się nie udało, ale od samego początku przekonywaliśmy go, że samo to, że tak bardzo chciał to zrobić – wręcz nie dało mu się tego wyperswadować, w końcu 5 km dla czterolatka to jak ultra, nawet marszobiegiem – dobrze świadczy o jego duchu walki. Dlatego wszyscy, razem z babcią, która też była, żeby mu kibicować, jesteśmy z niego bardzo dumni.



Z Olkiem przebiegliśmy prawie jedno z dwóch 2,5 km kółek. Potem został przy mamie, a ja pobiegłem dalej. Dzisiaj zamykałem trasę. Robiłem to jednak z dumą (to bardzo ważna funkcja, trzeba zebrać ewentualnych niedobitków i sprawdzić, czy ktoś nie ma jakichś kłopotów), no i z wielkim, pozytywnym uśmiechem na twarzy, bo kocham moją żonę, kocham moją rodzinę, kocham biegać i kocham życie!

Krystian