wtorek, 7 czerwca 2016

Relacja: Garmin Iron Triathlon – Ślesin 2016, DEBIUT dystans ¼ IM

Stałem 10 metrów za linią mety. Na zegarze przelatywały kolejne cyfry. W strefie finishera byłem już dobre 10 minut i trzymając w ręku kubeczki z wodą, czekałem na Kubę, bez którego prawdopodobnie nigdy by mnie tam nie było. Z głośników popłynęła piosenka In The End - Linkin Park i nagle zachciało mi się płakać. Przez głowę przeleciały mi tysiące obrazów. Jak na dłoni widziałem ostatnie 16 tygodni ciężkich przygotowań. Myśli, które mnie tutaj zaprowadziły dojrzały. Emocje jakie w sobie kumulowałem wreszcie mogłem uwolnić. Dotarło do mnie co się stało.
 
 
Do Ślesina, z Kubą, wyruszyliśmy w sobotę po obiadku. Na początek zajechaliśmy na miejsce zawodów. Obejrzeliśmy strefę zmian na rynku. Zeszliśmy na bulwar i przeszliśmy do miasteczka finishera. Odebraliśmy pakiety, obejrzeliśmy składające się może z pięciu namiotów expo i wróciliśmy do samochodu. W drodze do Konina, gdzie spaliśmy, przejechaliśmy pętlę rowerową. Kuba zna ją bardzo dobrze, ale ja chciałem obejrzeć jakie tam są wzniesienia – nie to żebym się ich bał, ale wokół Pruszkowa, gdzie trenuję, poza kilkoma wiaduktami nie ma ani jednej górki, więc chciałem sobie porównać. Na szczęście nie wyglądało to wszystko jakoś tragicznie. Trasa widokowa - z pętli widać bazylikę w Licheniu.
 
 

Do hotelu przy rynku w Koninie dobiliśmy wieczorem. Okazało się, że cały mamy dla siebie. Facet z recepcji zostawił Kubie klucze od drzwi frontowych i zniknął. Super! Wnieśliśmy rowery, ustawiliśmy na przestronnym korytarzu. Wyskoczyliśmy jeszcze na iście mistrzowski posiłek – przypadkiem trafiliśmy na pizzę serwowaną w lokalu sygnowanym nie przez kogo innego, jak przez mistrza Włoch w robieniu pizzy! Dałem się nawet namówić na jedno piwo. Śmieszne było to, że za oknem latali jacyś paramotolotniarze – to był wieczór pełen niespodzianek, którego resztę przegadaliśmy. Naklejaliśmy i nawlekaliśmy na gumki numery startowe (w triathlonie jest ich po kilka) i pakowaliśmy sprzęt. Omawialiśmy przy tym taktykę, ale też bardzo dużo czasu poświęciliśmy moim przygotowaniom. Trochę mnie to zbiło z pantałyku, bo poczułem, że zbliża się dzień próby. Długo nie mogłem zasnąć. Na domiar złego około 4:00 nad ranem ktoś wbił się do hotelu, narobił hałasu, czym nas pobudził i zniknął. Potem znowu trudno było zmrużyć oko. Rano czułem się strasznie.
 

Na śniadanie spałaszowaliśmy kolejny mistrzowski posiłek – bułkę z bananem. Naszym dodatkiem, jakże uwielbianym przez sportowców zajmujących się dyscyplinami wytrzymałościowymi była jakaś wersja nutelli. Ten ulepek postawił mnie na nogi. Odpaliłem motywującą muzykę… Najpierw pakowanie, a potem jazda samochodem na miejsce upłynęły nam w bojowym nastroju.
 
Pierwszy stres
Zanim wszedłem do strefy zmian, w trzech miejscach na moim ciele wymalowano mój numer startowy. 190 na dłoni, 190 na ramieniu i 190 na nodze. „Od tej pory jesteś tylko numerem” – pomyślałem. Nawet na numerze-numerze, tym co się zakłada na rower i bieg, nie było imienia. Pewnie taki obyczaj… Przed wejściem do strefy trzeba też było pokazać kask. Miałem go w plecaku, zatem z daleka było widać że ja jestem „nowy”.
 

Kuba poszedł rozkładać swoje rzeczy, a ja poszukałem swojego miejsca i zacząłem wykładać swoje. Mnóstwo miejsca – pomyślałem. Ładnie ułożyłem wszystko w dwóch dużych plastikowych pojemnikach z Ikei, w jakich Olek trzyma klocki Lego. Moja radość nie trwała jednak długo. Za chwilę podbiegł jakiś czujny kolega i kurtuazyjnie zapytał: „Czy jesteś pewien, że przysługują ci dwa pojemniki?” Skąd miałem wiedzieć? Na szczęście z odsieczą nadciągnął Kuba. Oczywiście okazało się, że mogę wykorzystać jedną kuwetę, a tak w ogóle, to w złą stronę powiesiłem rower. Cóż… Człowiek się uczy. Finalnie jakoś udało mi się wszystko ułożyć. Na stanowisku miałem nawet pompkę, dętkę, łyżkę do opon i kilka kluczy. Ciekawy patent podrzucił mi Kuba. Żele, które zamierzałem spożyć, przykleiłem do ramy taśmą, taką, którą łatwo można zerwać, dzięki czemu nie musiałem się martwić o pakowanie ich po kieszeniach.
 
Relaks
Gdy w strefie wszystko było już na swoim miejscu, poszliśmy do miasteczka finishera. Kupiliśmy sobie po kawce z mleczkiem i udaliśmy się w cień, żeby z dala od zgiełku spróbować się wyluzować. Po kawie popijaliśmy izotoniki i wodę, przez co, raz po raz któryś z nas biegł do toi toia. Tych było zdecydowanie za mało. Gdy zbliżała się godzina startu zanieśliśmy rzeczy do depozytu, a potem wróciliśmy na plażę.
 
START!
Kiedyś z Ewą obejrzeliśmy film „Ze wszystkich sił”. To bardzo wzruszająca historia, a jednocześnie bardzo motywująca. Kiedy tak staliśmy na tej plaży i żartowaliśmy sobie z innymi zawodnikami, nagle wszyscy zaczęli klaskać – dokładnie tak jak na filmie. Czas zwolnił bieg. Wtedy poczułem, że to nie są przelewki. Szybko zanurzyłem się w wodzie, żeby po starcie nie doznać szoku. Jeszcze minuta. Jeszcze 30 sekund… Piątka mocy z Kubą. Życzyliśmy sobie powodzenia. 10… 9… Padł strzał!
 
Nie czekałem. Od razu wszedłem do wody. Wiedziałem, że muszę przeżyć pierwszą w życiu „pralkę”. Kilkaset osób z plaży o szerokości może 50 metrów jednocześnie weszło do wody i zaczęło płynąć w tym samym kierunku. Wyobrażam sobie, że pomiędzy rybami w olbrzymiej ławicy odległości są proporcjonalnie większe niż pomiędzy triathlonistami po starcie. Wiedziałem, że dostanę kopniaka w głowę, że będę tłuczony po rękach itp. Okazało się, że nie jest aż tak strasznie. Poza tym moje podejście było takie, żeby grać w tę grę. Po prostu starałem się przemieszczać do przodu.
 
W ogniu walki
Na pierwszej boi zrobił się korek. Zatrzymałem się na chwilę, ale kiedy przekonałem się, że to jakiś taki sztuczny zator, wróciłem do tego co robiłem wcześniej, czyli zacząłem płynąć. Przebiłem się i już prawie było ok. Z jakiegoś powodu ze dwa razy przytopiłem się, ale byłem dobrze nastawiony i dzięki temu opanowany. Tylko na chwilę wybiło mnie to z rytmu. Pomyślałem: pamiętaj o technice. Od tej pory już konsekwentnie płynąłem. Czułem wodę i rytm. Tłok się skończył. Tylko jeden facet co chwilę przepływał mi przed nosem – po prostu nie trzymał kierunku i strasznie go nosiło. Potem był mostek oznaczający połowę dystansu i druga bojka już na innym jeziorze. Gdy zaparowały mi okularki tak, że już nie widziałem, napuszczałem do jednego z nich wodę i po kilku ruchach ramion wylewałem. Sprawdzało się – dawałem radę nawigować. Ten manewr powtórzyłem w sumie dwa razy. Pod koniec szło mi już całkiem nieźle. Nawet moje poczucie czasu podpowiadało, że tempo jest całkiem dobre. Z wody wyszedłem na czworaka. Gdy złapałem pion, zegarek pokazywał 22 minuty – 3 minuty lepiej niż zakładałem.
 
Fota by t-run.pl

Po pływaniu podbieg na rynek do strefy zmian był ciężki, tym bardziej, że wciąż kręciło mi się w głowie. Ogarnąłem się przy rowerze. Kask, a w kasku okulary i numer startowy. Potem buty, w butach skarpetki. Dzięki temu kolejność trudno pomylić. Lecimy! Wpadłem czarną bramą, wypadłem… największą. „Belka” była namalowana na jezdni – dopiero za nią można było wskoczyć na rower. Musiałem omijać zawodników złapanych przez sędziów za próby ujeżdżania aluminiowych lub karbonowych rumaków wcześniej. Przeszedłem za „belkę” i ruszyłem przed siebie.
  

Jest moc!
Rower w triathlonie zalicza się bez draftingu. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie ma tutaj możliwości siedzenia przeciwnikowi na kole. Jak się kogoś wyprzedza, należy zachować prostokąt 7x2 m. Nie można zbliżyć się do zawodnika przed nami na 7 metrów, a przy wyprzedzaniu, należy się od niego odsunąć na dwa metry. Zachowanie tego prostokąta w Ślesinie jest niemożliwe. Niejednokrotnie szerokość drogi jest mniejsza niż 2 m. Nie wspomnę, że wielu zawodników, których wyprzedzałem jechało środkiem jezdni – co zrozumiałe, bo unikali dziur. Ale wyprzedzałem! O Panie! Jak ja ich wyprzedzałem! Bałem się, że zaraz się wypalę, że za chwilę poczuję ból w udach, a zaraz po nim niemoc. W pewnym momencie ogarnąłem swoim małym rozumkiem co tak naprawdę się dzieje.
 
Byłem w gazie. Może wolno pływam, ale na rowerze zrobiłem ileś tam treningów na progu mleczanowym, więc mocniejsze kręcenie mi nie straszne. Co więcej, widziałem, że niektórzy rywale popełniają szkolne błędy, takie jak kręcenie na ciężkim przełożeniu na wzniesieniu, tam gdzie ja łykałem ich na wyższej kadencji z większym luzem w gaciach – to nie jest wiedza tajemna, czytałem o tym w iluśnastu artykułach z poradami, nawet na najinfantylniejszych serwisach kolarskich. Wreszcie, pierwsza połowa pętli była pod wiatr i to na niej były największe podjazdy. Te podjazdy paradoksalnie pomagały, bo osłaniały od wiatru. To właśnie na nich wyprzedzałem najwięcej. W drugą stronę było bardziej z górki i z wiatrem – 37 – 40 km/h na budziku aż koła szumią z radości, a do tego prawie się odpoczywa, kocham ten stan! A jeśli dobrze czytam to: http://www.startlist.pl/profil/16110,walczak-krystian, to po rozwinięciu takiej zakładeczki, okazuje się, że na rowerze wyprzedziłem około 70 osób. Dla mnie to niewiarygodne!
 
Krzyczałem „brawo kibice” do wszystkich, którzy wylegli z domów i zagrzewali do walki choćby przez podniesienie w górę kciuka. Dzieci, młodzież, dorośli i starcy, całymi rodzinami obserwowali co się dzieje, kiedy przez ich małe skupiska domostw przelatywali kolarze. Wydawało się, że niektórzy po prostu wyjątkowo przenieśli grilla zza domu przed niego. To było bardzo sympatyczne. Czułem moc, radość i uśmiechałem się do tych wszystkich ludzi. Machałem im tak, jak oni mi machali. Wiedziałem, że będzie dobrze. Choć zacząłem lekko tracić rachubę, kilometry i czas wydawały się zgadzać jak trzeba. Miałem dobre tempo. Kilometry były też wymalowane na asfalcie. Na drugiej pętli tylko odliczałem: 5 km = mniej niż 10 min do strefy, 3 km = mniej niż 6 min do strefy. Wchłonąłem drugi żel – pierwszy na początku roweru – i popiłem izo. Właśnie się kończyło – wymierzyłem idealnie.
 
Przed „belką” zsiadłem z roweru, wpadłem do strefy i łapie mnie sędzina. „Zapnij kask, kask odpinamy dopiero jak odwiesimy rower” – powiedziała. Pomimo walącego jak młot serca, po kilku sekundach zrozumiałem komunikat. Zapiąłem kask i mnie puściła. Faktycznie, gdzieś to już czytałem – może w regulaminie… Rower odwieszony, ściągam kask, łapię czapeczkę. Zakładam buta… Co to? W bucie zostawiłem żel – uff jak dobrze, że go zauważyłem, a nie pobiegłem z żelem w środku. Ruszając na trasę biegową przybiłem piątkę z jednym z organizatorów, w czapeczce Wings for Life World Run – takiej jak moja.
 

 
Róbmy swoje
Zakładałem, że podczas biegania będę miał tempo na poziomie 6 min/km. Kiedy już złapałem rytm – bo na początku po rowerze zawsze biegnie się szybciej – miałem tempo na poziomie 5:30 min/km. Wiedziałem już, że będę grubo przed czasem. Wszystko co musiałem zrobić, to dowieźć tę przewagę nad samym sobą - przewagę nad Krystianem z treningów, bo to na ich podstawie wyznaczyłem zakładany czas. Tłukłem zatem te ostatnie kilometry. Korzystałem z bufetów. Złapałem kilka kostek lodu, które wrzuciłem z tyłu w trisuit. Natychmiast spadły na sam dół – tam gdzie wkładka, tzw. pampers! Aaa! Tempo skoczyło mi do 5:00 min/km. Na szczęście na chwilę.
 
Zagadywałem kolegów, dopytałem się o ilość kółek do zrobienia, pozdrawiałem kibiców, korzystałem z natrysków – jednego na bulwarze, z drugiego u jakiegoś pana, który wyszedł z wężem przed ogródek. Może trochę pajacowałem, ale głównie po to, żeby za bardzo nie przyspieszać. Nie zależało mi na tym – następnym razem. Na zawrotce przed metą głośno liczyłem kółka. Wiedziałem, że muszę trzy razy minąć tamto miejsce i za czwartym będę mógł wbiec na metę. Złapałem kontakt z wolontariuszkami i krzyczałem do nich „I”, a one pokazywały, że mam biec na pętlę. „II!” i znowu na pętlę…
 
Na podbiegu na rynek ustawiła się dziewczyna z „Garnkiem Mocy”. Jak ja jej jestem za to wdzięczny! Zamiast myśleć o tym podbiegu, tak jak niektórzy, co szli, albo potem za metą marudzili na trasę, machałem do tej dziewczyny, uśmiechałem się do niej, a ona tłukła w ten garnek i odwdzięczała się uśmiechem. Nim się obejrzałem byłem w połowie. Kompletnie nie zauważałem tej górki. Nawet mi tempo nie spadało, choć sam starałem się tam biec wolniej i nie marnować energii.
 
„III!” – krzyknąłem. Odpowiedziały - „Pętla!”. Wiedziałem jednak, że to ta ostatnia. Zegarek pokazywał spory zapas. Na ostatnim kółku żegnałem się z „Garnkiem Mocy”, z panem co polewał wężem z ogródka, z mijanym skateparkiem, w którym tego dnia jakby ktoś kazał wykonywać triki, to pewnie też dałbym radę, z mostkiem pod którym przepływałem a teraz po raz czwarty przebiegałem. „IV?” – krzyknąłem pokazując metę. „TAAAK!” – zawołały, a ja ruszyłem w stronę upragnionego celu. Założyłem, że uda się to po 3h. Zegar pokazał 2h 51 min.
 
Medal zawisł na mojej szyi, a zaraz potem Filip Szołowski – główny organizator całego zamieszania – osobiście zapytał mnie, tak jak każdego zawodnika, czy na pewno pokonałem 4 kółka biegiem. Wyszło na to, że się doliczyłem, choć gdyby organizatorzy ustawili jakieś tablice wyznaczające kolejne kilometry, byłoby ciut łatwiej… Nieważne – tę uwagę przekazałem w ankiecie, która też była po zawodach. W sumie organizacja była bardzo PRO. Tyyyle się działo! Cały czas akcja. Kocham bieganie, ale dziś już wiem, że nie ma porównania – nieważne, czy jesteś w środku, czy na końcu stawki, w triathlonie cały czas sytuacja zmienia się niezwykle dynamicznie. Nie było krwi i potu. Łzy pojawiły się, jak już wspomniałem, dopiero 10 min później, jak to wszystko zaczęło do mnie docierać. Cały czas był ogień sami wiecie skąd i czułem takiego POWERA jak chyba jeszcze nie czułem przy żadnych innych zawodach. Czemu to zawdzięczam? Moim zdaniem PRZY GO TO WA NIU! No i Kubie, który dużo mi pomógł, a na którego ja czekałem na mecie.
 

Jak wyglądały moje przygotowania?
Zacznijmy od tego, że nie jestem jakimś wymiataczem. Moje wyniki w bieganiu nie imponują nikomu poza mną, ale wciąż je poprawiam. Jestem typowym amatorem, niezbyt szybkim gościem, który po prostu stara się robić co w jego mocy, żeby być coraz lepszym.
 
Zanim stanąłem na brzegu jeziora Ślesińskiego w tłumie chyba 500 osób w takich samych, błękitnych czepkach. Zanim wszyscy zaczęli klaskać zagrzewając się do walki, wiele się działo. Czytając tego bloga wiecie, że spotkała mnie kontuzja. Wiecie też, że długo nie mogłem biegać. Zacząłem jeździć na rowerze, a kiedy ortopeda powiedziała, żebym poszedł na basen, trochę na przekór zdecydowałem, że wystartuję w triathlonie, który za sprawą takich kolegów jak Kuba, czy Piotrek – obaj wiedzą – stawał się dla mnie coraz mniej obcy i nieprzystępny. Od słowa do słowa, razem z Kubą zarejestrowaliśmy się na Ślesin pierwszego dnia zapisów.
 
Przez ostatnie dwa lata dużo się nauczyłem, ale jeśli miałbym samodzielnie układać sobie plan treningowy, to jednak wciąż wolałbym go zrobić na podstawie jakiegoś innego planu od prawdziwego fachowca, albo w konsultacji z kimś. Do gotowców podchodzę z kolei bardzo sceptycznie i potrafię już ocenić czy dana konstrukcja planu może mi zaszkodzić, czy pomóc. Jednak triathlon był dla mnie czymś zupełnie nowym. Tak się złożyło, że Kuba wydał książkę „Triathlon – plany treningowe” Matta Fitzgeralda i podarował mi jeden egzemplarz. Bardzo mi te plany przypasowały. Bez trudu dobrałem swój poziom trudności i zacząłem go realizować punkt po punkcie. Trochę trudności – zwłaszcza podczas pływania - przysporzyła mi używana tam Klasyfikacja Odczuwanego Wysiłku, ale wkrótce i ją opanowałem. Był luty, a ja śmigałem na rowerze. Na szczęście pogoda w tym roku dawała radę – nie mam trenażera. Plan zrealizowałem w 90%, bardziej modyfikując i zamieniając treningi niż je opuszczając. Jak nie było pogody na rower, szedłem biegać. Jak następnego dnia też nie było pogody na rower, wsiadałem na ergometr wioślarski. Jak zaczynała boleć mnie noga, zamiast biegania robiłem rower – raz mi się to zdarzyło. Opłaciło się. Ostatnich kilka treningów pływackich zrobiłem na otwartej wodzie – to też mi sporo dało.
 
W moim planie było dużo treningów na progu mleczanowym. Jak się okazało świetnie się sprawdziły na moim poziomie zaawansowania – czyli drugim najsłabszym. W okresie przygotowawczym dwukrotnie pobiłem życiówkę na piątkę podczas Parkrunu w Pruszkowie i zrobiłem nową życiówkę na 10 km w III Pruszkowskim Biegu Wolności – na tydzień przed ¼ IM. A teraz uwaga! Wszystko to zrobiłem biegając maksymalnie – powtarzam: maksymalnie – 1h 48min w tygodniu. Rzadko kiedy przekraczałem 20 km biegania tygodniowo i to z nadprogramowymi Parkrunami, które traktowałem jako zakładki. Nawet nie poczułem, jak zaczęły przychodzić fenomenalne efekty. Chyba jeszcze nigdy nie czułem takiej mocy i takiej wytrzymałości. Wniosek? „Małymi kroczkami” – jak powiedział Kuba – można wiele zdziałać.
 
W tym tygodniu regeneracja. W przyszłym zaczynam przygotowania do sprintu (klasycznego, czyli 750 m pływania, a reszta jak w 1/8) w Gdyni. Będzie trudniej – bo morze, bo wszystko na większej intensywności, bo bez Kuby, który przyjdzie z odsieczą w strefie zmian. Trudno będzie pobić proporcjonalny czas, ale jestem dobrej myśli.
 
Sprzęt
Ponieważ nie chciałem kupować sobie zabawek, które zaraz rzuciłbym w kąt, a poza tym nie jestem typem gościa, który wydaje kupę kasy bez sprawdzenia pewnych rozwiązań, moje podejście do sprzętu było minimalistyczne. Daję przykład, że wcale nie trzeba wiele, żeby pobawić się w ten sport.
 
Największą inwestycją był strój startowy marki Dare2Tri za 250 zł, zakupiony w TRI Outlet. Nie wiem czy to podróba, czy po prostu jest słabej jakości, ale napisy już się poodklejały. Na treningu dwa razy obtarł mnie źle wykończony koniec zamka błyskawicznego. Mimo to na zawodach sprawdził się świetnie i nie zamierzam zmieniać go w tym roku. Jest tak wygodny, że niedawno nie poczułem nawet, że mam w kieszonkach telefon i klucze, z którymi poszedłem pływać… Przy okazji, sorry za jakość zdjęć - taki mam teraz telefon.
 
Nie kupowałem, ani nie wypożyczałem pianki. Uznałem, że nie znam się na tym, nie wiem z czym to się je, nie wiem jak w tym się pływa i że ściąganie tego w strefie zmian może mnie kosztować więcej czasu niż zyskam w wodzie. Uważam, że wszystko trzeba testować przed startem. Trisuit dobrze przetestowałem w wodzie.
 
Dysponuję kolarką Hi-Bike Tour SL z 2012 roku bodajże, którą kupiłem jako używaną w zeszłym roku za 1000 zł – normalny, aluminiowy rower na osprzęcie Shimano SORA. Jedną korbę mam inną, a drugą inną, bo musiałem wymienić jedną z mojej winy. Koła kupiłem pod koniec zeszłego roku za 200 zł – namówiony przez sprzedawcę w sklepie, do którego przeszedłem serwisować stare koła. Jedyną inwestycją było tutaj czyszczenie piasty na tydzień przed startem, ponieważ nie byłem zadowolony z tego jak to wszystko się toczyło. Niby wiedziałem już wcześniej, ale w Ślesinie przekonałem się na własnej skórze, że rower sam nie jedzie. Wyprzedzałem ludzi na dużo lepszych sprzętach.
 
Mam pedały SPD MTB. Buty na rower mam damskie, z Lidla - kupiłem je w promocji za 50 zł. Chodziło o to, że Lidl nie sprzedaje butów męskich w moim rozmiarze (41), a ja chciałem się przekonać z czym się je to SPD. I tak zostało. Co prawda mają różowe sznurowadła, ale dobrze mi się w nich jeździ, więc nie widzę powodu, żeby teraz inwestować. Może za rok.
 
Biegłem po prostu w swoich najlepszych butach do biegania - w Asicsach, które używam zarówno na treningu, jak i na zawodach. Nie używam startówek, ponieważ nie biegam tak dobrze, żeby mogły mi pomóc, a z moją kontuzją lepiej nie zakładać twardych butów nawet na chwilę. Wszystkie pozostałe akcesoria, takie jak kask, okulary do jazdy na rowerze, pływackie itp. po prostu mam od dawna, albo dostałem w jakimś pakiecie startowym, albo od kogoś w prezencie. Pas na numer startowy pożyczyłem od Kuby.
 

Dobrnęliśmy do końca. Pytania zadawajcie poniżej, albo przez Facebooka Biegających Walczaków – odpowiem nawet na te pt. „A co ten gość wie o trenowaniu żeby się mądrzyć?” Ano niewiele, ale wiem co mi może zaszkodzić, a to połowa sukcesu. Mogę też podać tytuły książek, które przeczytałem i ludzi, z którymi rozmawiałem. Aha… Niedługo Inne Spacery opublikują moją rozmowę z Mattem Fitzgeraldem J
 
Krystian
p.s Wpis ten dedykuję żonie, za wytrwałość, jak praktycznie codziennie znikałem na treningach, a ona zajmowała się dzieckiem, a potem dwójką – bo w międzyczasie przyszła na świat Ida. Jeśli to czyta, to po długości tekstu można zauważyć, że jest baaardzo wytrwała ;) Jest najlepsza i niedługo, wracając do startów po ciąży, też będzie wymiatać. Wierzę w nią!

czwartek, 12 maja 2016

Wings for Life World Run 2016 oczami kibica

Z tą imprezą jesteśmy związani od początku. W pierwszej edycji w Poznaniu startowaliśmy razem z Ewą. W drugiej byliśmy na miejscu oboje, ale ze względu na moją kontuzję i obowiązki służbowe tylko Ewa pobiegła. W trzeciej Ewie nie udało się pojechać do Poznania ze względu na obowiązki domowe, a ja byłem tam ze względu na obowiązki służbowe, ale także ze względu na coś jeszcze… Szczerze jaram się tą imprezą i jaram się wynikami Polaków – o tym nie będę się rozpisywał, bo wszystko zostało już napisane tutaj. Napiszę o atmosferze, która tam panowała.

Już w sobotę, kiedy przechodziłem koło biura zawodów, wyczułem w powietrzu taką specyficzną aurę, która towarzyszy największym biegom w tym kraju. Dziewczyny z biura przechwytywały praktycznie każdego kto tam wchodził i rozjaśniały wątpliwości jeszcze zanim zadało się im pytania. Ludzie oglądali mapę trasy, szukali się na liście startowej, odbierali pakiety i robili sobie zdjęcia na ściance. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę 8 maja było widać, że ludzie przychodząc na bieg spotykają starych znajomych, że są tam całymi grupami – z przyjaciółmi lub z rodzinami. I ta atmosfera była coraz bardziej podniosła, coraz bardziej wkręcająca, ciesząca oko i niezwykle budująca. Bo to wspaniale że tylu biegaczy – nie tylko takich niedzielnych, ale nawet całkiem doświadczonych – postanowiło wesprzeć badania nad leczeniem rdzenia kręgowego i dać nadzieję tym, którzy nie mogą chodzić.
 
 
I wystartowali! Stałem jakieś 10 metrów przed bramą startową, wysoko na trybunie, wiec widziałem wszystko dokładnie. Z pierwszych linii najszybsi, dalej wolniejsi – zgodnie ze stref startowych, bo bardzo sprawnie. Wybiegnięcie wszystkich z Malty trwało około 4 minut. Na końcu maszerowali ci, którzy postanowili symbolicznie wziąć udział w tym wydarzeniu i wesprzeć samą ideę. Kiedy patrzyłem na chłopaka, który ledwo szedł, a za nim jechał już tylko zamykający trasę samochód straży miejskiej, łzy napłynęły mi do oczu.

Pół godziny później na trasę wyjechały samochody pościgowe, a za kierownicą pierwszego zasiadł sam Adam Małysz. Podczas biegu były bardzo fajne akcenty. Z roku na rok jest pod tym względem coraz lepiej. Na trasie były przeróżne, wesołe transparenty, pompony, przebrania, przybijanie piątek, hałas itp. Bardzo fajnie zrobiła Asia Jóźwik. Z powodu przygotowań do Rio nie mogła pobiec za dużo – biegi uliczne ani trochę nie wpisują się w jej przygotowania do średnich dystansów. Dobiegła do 12 km, a skoro meta nie nadjeżdżała, zawróciła i dopingowała innych. W końcu dotarła na punkt odżywczy gdzie podawała wodę i polewała nią tych, którzy chcieli. Tam musiała być najlepsza zabawa. Organizacja tego biegu jest fenomenalna, ale kibice i uczestnicy są przewspaniali! Duma! Serce rośnie!

Z upływem czasu sytuacja na trasie zagęszczała się – to znaczy, że było na niej coraz mniej zawodników. W Wings for Life World Run – biegu o kompletnie odwróconym porządku zdarzeń - końcówki są najlepsze! Każdy kto był na Malcie, wlepiał wzrok w telebim. Trybuny przez cały czas były pełne. Nie umniejszając polskim zwycięzcom, którzy dali radę, jednak to co najbardziej przykuło uwagę widzów, to walka Dominiki Stelmach w Australii i Bartka Olszewskiego w Kanadzie. To było piękne! Kiedy po przekroczeniu 80 km Bartek wyrzucił picie za siebie, wszyscy cieszyli się tak samo jak on. To było fantastyczne. Wszyscy się tym pasjonowali.

Tak się złożyło, że miałem też okazję być na lotnisku gdy Bartek przylatywał do Polski. Powitanie, jakie zgotowali mu ludzie, których trenuje z FMW Runners było niesamowite. Był czerwony dywan, trąbki i mnóstwo przysmaku Bartka – Nutelli. I wtedy słowa, które pisał na swoim blogu, nabrały wielkiej mocy. On nie lubi, gdy ktoś mówi że do biegania ma się talent. „Do biegania można mieć predyspozycje” – mówi. „Reszta to ciężka praca”. I on sam pokazał, gdzie ta ciężka praca może zaprowadzić. Oczywiście ta praca musi być mądra. Bieganie nie polega tylko na nabijaniu kilometrów. Czasami mądrość objawia się tym, że wie się kiedy jakiś trening, czy nawet jakiś start odpuścić. Bartek trenuje i biega bardzo mądrze. I choćby połowy jego mądrości w treningu wszystkim biegającym życzę!


p.s Będąc w Poznaniu zaliczyłem pierwszy w tym sezonie, ale bardzo krótki trening open water. Jak było? Jednym słowem: brrrrrrrrrr….
 
 

niedziela, 17 kwietnia 2016

Relacja: IV Bieg Sto-Nogi i ¼ Milanowskiej Mili – 17.04.2016

Można startować w największych, najlepiej obsadzonych i zorganizowanych z największym rozmachem biegach, ale nic nie może się równać z tymi lokalnymi, organizowanymi na kilkaset osób, gdzie wszyscy się znają. Jeśli już startuje się w biegach ulicznych, takich imprez po prostu nie można omijać. Tam zawsze panuje świetna atmosfera i piątki przybija się nie tylko z kompletnie obcymi ludźmi. Wśród wielu, coraz lepiej znanych twarzy, tym razem spotkaliśmy Elizę z rodzicami – to ta dziewczynka, która jest najszybsza w Parkrunie w Pruszkowie. Tym razem wygrała ¼ Mili Milanowskiej. Byli też zaprzyjaźnieni biegacze - Alicja z mężem Maćkiem, który pobiegł i na dyszkę i na milę. Nie zawiódł doktor Potocki – lekarz Olka. I była też Julita, która prowadzi fanpage Pikselowy Pruszków, i która regularnie robi zdjęcia na Parkrunie. Tym razem też robiła zdjęcia, a potem wystartowała w Milanowskiej Mili i wygrała! Nie mogła zrobić sobie zdjęcia jak stoi na podium, więc zrobiła zdjęcie kibicom z perspektywy podium – cały albumtutaj. Podrzuciła nam też kilka fotek, które tutaj (oprócz medali), oczywiście dzięki jej uprzejmości publikuję.

©Julita Gontarczyk
Jest jeszcze jeden powód, dla którego zapragnąłem wziąć udział w Biegu Sto-Nogi – to fantastyczny medal. Jeśli napisze, że były to jednocześnie Mistrzostwa Świata Geografów i Mistrzostwa Polski „Pilotów i Personelu Pokładowego” w biegu ulicznym na 10 km, na pewno bez trudu rozpoznacie go na poniższym zdjęciu. Dla mnie jest piękny! Do Milanówka wybraliśmy się całą (od miesiąca czteroosobową) rodzinką i z ciocią Olka, Edi, która przyjechała do nas w odwiedziny. Dzień był piękny. To pierwszy tak ciepły dzień w roku – było ponad 20 stopni. Dobrze, że zadbałem o nawodnienie.


Organizacja biegu stała na bardzo wysokim poziomie. I nie jest to czcza paplanina. Atest PZLA, fachowy pomiar czasu, biuro zawodów z prawdziwego zdarzenia, mnóstwo wolontariuszy, pełna informacja (łącznie z numerem na komórkę do organizatorów) na stronie i na mailu, mapy sytuacyjne strefy startu – wszystko to o tym świadczyło. Łyżką dziegciu w beczce miodu może być to, że wyglądało to jakby srebrne medale dostawali wybrani, ponieważ kilka osób, które przybiegły na metę mniej więcej w tym samym czasie co ja i później je dostali, a ja i wielu innych załapaliśmy się na brązowe. Niefajna była też nawierzchnia trasy i jej kształt z bardzo ciasnymi nawrotami – ale to już raczej nie do organizatorów pretensja a do władz Milanówka. Może za rok już nie będzie się do czego przyczepić :P
Jak pobiegłem? Poniżej własnych oczekiwań, ale też bez zaskoczenia. Nie było życiówki, więc planu minimum nie wypełniłem. Ten będzie musiał poczekać do biegu na 10 km w Pruszkowie pod koniec maja. Nie było zaskoczenia, ponieważ prawie nie biegam. Trzeba pamiętać, że bieganie w tym roku nie jest moim priorytetem. Mój trening do triathlonu to niecałe 20 km biegu w tygodniu – maleńko. Ale chroni to moją nogę przed nawrotem kontuzji, a cała reszta pozwala utrzymać kondycję biegową na przyzwoitym jak na mnie poziomie. No i tydzień w treningu miałem ciężki. Dzień przed biegiem, oprócz długiej jazdy rowerem, zaliczyłem też długi spacer po zabytkach stolicy z rodziną i ciocią Olka. W sumie na dychę wyszło ponad 51 minut. Na początku trzymałem tempo kilka sekund poniżej założonego. Koło czwartego kilometra gdzieś mi siły uciekły. Odbiłem się od psychicznego dna na koniec, ale zamiast finiszować, już tylko powłóczyłem nogami. Cóż… Następnym razem!
©Julita Gontarczyk
Jak pobiegł Olek? Olek wystartował w ¼ Mili Milanowskiej wraz z innymi dzieciakami. Niestety wszystkie roczniki biegły razem, co oznaczało, że musiał rywalizować nawet ze starszymi od siebie. Na starcie został poturbowany przez innych, ale podniósł się i ruszył do przodu. Zdarzało mu się raz czy dwa krzyknąć, że opada z sił, ale słowa „otuchy” z mojej strony przynosiły skutek. Systematycznie wyprzedzał kolejne dzieciaki i odrabiał stracone pozycje. Na metę nie wpadł w czołówce, ale to, że przebiegł 400 metrów bez zatrzymania uważam za duży sukces. Niestety trudno orzec, który był, ponieważ pobiegł na metę, zamiast ustawić się w kolejce do sczytania kodu z numeru startowego, jaka niespodziewanie ustawiła się jeszcze daleko przed linią mety. Też dostał bardzo ładny medal…
 
Potem poszliśmy do parku gdzie wydawano posiłek regeneracyjny, nastąpiła dekoracja najlepszych i losowanie licznych nagród. Niestety na żadną się nie załapaliśmy. Ale miło spędziliśmy dzień. Olek bawił się z Elizą i nowo poznanym kolegą. Po wszystkim Ewa załapała się na bonusa, kiedy pan w sklepie spytał ja o dowód jak kupowała mi piwo.

©Julita Gontarczyk

sobota, 19 marca 2016

Poradnik: Jak zrobić Marzannę?


Jeśli wydaje Wam się, że blog biegowy to niewłaściwe miejsce na takie poradniki, przeczytajcie tę historię.
Organizatorzy Parkrun Pruszków zapytali biegaczy, kto przygotuje Marzannę na powitanie wiosny. Ewa postanowiła zapytać Panią Marysię z przedszkola Olka, czy dzieci nie mogłyby takiej zrobić. Pani stwierdziła, że to świetny pomysł i dzieci przystąpiły do dzieła. Kiedy w piątek przyszedłem po Olka do przedszkola, zobaczyłem to:

Marzanna zrobiona w Źródełku

„Nie przypuszczaliśmy, że wyjdzie nam taka ładna” – powiedziała Pani Marysia. „Czy mogli byście jej nie topić?” – zapytała. My też nie spodziewaliśmy się, że dzieci zrobią 1:1 ludzką postać z bibuły, która będzie tak ładna. Cóż było robić. Trzeba było w ekspresowym tempie zrobić zastępczynię Marzanny, taką do topienia. Prosto z przedszkola pojechaliśmy z Olkiem do sklepu i na chybił trafił kupiliśmy kolorową bibułę. W domu zaczęło się konstruowanie. Wykonanie całej Marzanny trwało około dwóch godzin. Staraliśmy się nie kombinować i w jak największym stopniu naśladować tę z przedszkola.
Konstrukcja naszej Marzanny opiera się na dwóch listewkach połączonych na krzyż za pomocą taśmy klejącej. Pionową owinęliśmy zieloną bibułą, tak jak u tej z przedszkola. Żeby nie musieć jej wypychać, użyliśmy dwóch tekturowych pudełek, które dały nam wypełnienie przyszłego kształtu całej postaci pani Zimy. Początkowo głowa miała być z balona, tak samo jak w tej przedszkolnej, ale w którymś momencie gdy cała konstrukcja się przewróciła balon pękł i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Głowa powstała z trzech kartek papieru sklejonych ze sobą taśmą klejącą. Na środkowej Ewa narysowała buzię.
 
Potem skleiliśmy głowę od tyłu, zwinęliśmy na dole i papierowy „kielich” przykleiliśmy od dołu do pionowej listewki. Od góry wrzuciliśmy zwinięte kartki papieru, żeby Marzanna nie miała zupełnie pustej głowy. Górę zawinęliśmy i zakleiliśmy.
 
Oklejanie całości zaczęliśmy od żółtej bibuły na sukienkę. Najpierw porobiliśmy na niej zakładki, a potem po prostu owinęliśmy nią Marzannę w pasie. Żeby spódnica nie wisiała, wypchaliśmy ją od spodu zieloną bibułą – podobnie jak w przedszkolnej. Potem była bluzka z połowy niebieskiej bibuły, a z drugiej połowy powstały „naramienniki” (półrękawki). Braki uzupełniliśmy różową bibułą robiąc zimie szal i rękawki. Naddatek na końcach rąk, przewiązany sznurkiem, nagle stał się rękami. Na końcu Ewa zrobiła włosy z kolorowych pasków z bibuły, które przykryły czubek poklejonej głowy. Przymocowaliśmy je na złożoną na pół (tak żeby się kleiła z dwóch stron) taśmę klejącą i obwiązaliśmy przepaską wykonaną z dwóch, skręconych ze sobą, kawałków bibuły. Zostało tylko zamaskowanie braków i klejenia. Wystarczył pas z czerwonej, metalizowanej bibuły, na który dla ozdoby (także na złożoną na pół taśmę) przyczepiliśmy złotą kokardkę.
 


Nasza Marzanna oczywiście nie umywała się do tej, którą wraz z panią wykonały przedszkolaki i o której niektórzy biegacze na pruszkowskim Parkrunie mówili, że „nigdy wcześniej nie widzieli tak pięknej marzanny”. Ludzie robili sobie z nią zdjęcia i wszystkim naprawdę się podobała. Zgodnie z prośbą, została ocalona i niebawem wróci do przedszkola. Za to jej zastępczyni została poniesiona na most nad Utratą. I wiecie co się stało? Zaczął padać śnieg. W powietrzu rozbrzmiewała piosenka na melodię krakowiaka o pożegnaniu zimy, a białe płatki leciały z nieba. Zaszczyt wrzucenia Marzanny do wody przypadł Olkowi. Chyba wrzucił ją dobrze, bo w chwili kiedy to piszę, za oknem świeci piękne słońce, a chmury zniknęły. Tradycji stało się zadość!
Najlepsza trójka wiosennego Parkrunu z przedszkolną Marzanną

Kolorowy przemarsz na most nad Utratą

Żegnamy zimę!

Zima odpływa do morza i niech nie wraca zbyt prędko!
 
Krystian
 
 
 

sobota, 13 lutego 2016

Biegające Walentynki!


Czy wiecie, że podczas biegu odczuwa się dokładnie to samo, co będąc zakochanym? Naprawdę! A dzieje się tak na skutek wydzielania się w naszym organizmie endorfin. Właśnie dlatego tak bardzo Biegające Walczaki lubią biegać razem – oczywiście, gdy tylko jest to możliwe.

Sobotni, walentynkowy Parkrun był świetną okazją, żeby wyrazić swoją miłość. Dlatego ja pobiegłem z przyczepionym do bluzy serduszkiem z napisem „Kocham Ewę!”, a Olek z hasłem „Kocham babcię!”. Byliśmy jak dwie biegające walentynki J


Olek zadebiutował w biegu na 5 km z silną wolą ukończenia. Niestety się nie udało, ale od samego początku przekonywaliśmy go, że samo to, że tak bardzo chciał to zrobić – wręcz nie dało mu się tego wyperswadować, w końcu 5 km dla czterolatka to jak ultra, nawet marszobiegiem – dobrze świadczy o jego duchu walki. Dlatego wszyscy, razem z babcią, która też była, żeby mu kibicować, jesteśmy z niego bardzo dumni.



Z Olkiem przebiegliśmy prawie jedno z dwóch 2,5 km kółek. Potem został przy mamie, a ja pobiegłem dalej. Dzisiaj zamykałem trasę. Robiłem to jednak z dumą (to bardzo ważna funkcja, trzeba zebrać ewentualnych niedobitków i sprawdzić, czy ktoś nie ma jakichś kłopotów), no i z wielkim, pozytywnym uśmiechem na twarzy, bo kocham moją żonę, kocham moją rodzinę, kocham biegać i kocham życie!

Krystian

poniedziałek, 8 lutego 2016

Życie weryfikuje plany… i zmusza do stania się triathlonistą!

Nie, nie złamię w tym roku 4h w maratonie. Nie złamię też 2h w połówce. Będę biegał krótsze dystanse. Bardzo prawdopodobne jest też, że wezmę udział w dwóch triathlonach.

Zacznę od początku. Udało się zrobić rezonans nogi po zeszłorocznym złamaniu zmęczeniowym. Wyszło jednak na nim, że po treningach do Półmaratonu Warszawskiego (4 tygodnie bazy – 3 razy w tygodniu), ono się odnawia. Dostałem skierowanie na rehabilitację, scyntygrafię i radę, żebym przestał biegać. Ponieważ noga nie boli – no nie codziennie – to tej rady nie wziąłem do siebie… Nie będę jednak igrał z ogniem i zmniejszę ilość treningów i kilometrów. Pomoże mi w tym plan do pierwszego z dwóch triathlonów, w których zamierzam wystartować w tym roku. W planie jest tylko dwa dni biegania i to do 10 km w szczycie. Moim pierwszym w życiu triathlonem będzie Garmin Iron Triathlon w Ślesinie 5.6.2016, w którym postanowiłem wziąć udział po moich długich rozmowach z kolegą Kubą. BTW Dostałem od Kuby bardzo fajną książkę „Triathlon. Plany treningowe” wyd. Inne Spacery (do nabycia tutaj: http://www.innespacery.pl/). Jak nazwa wskazuje, są tam plany do triathlonu, ale też solidne wyjaśnienie na czym one polegają i po co są dane treningi – tego (niezbędnej wiedzy) zwykle przecież nam trenującym brakuje, więc POLECAM!

Druga impreza to będzie triathlon na dystansie sprint w Gdyni, rozgrywany w przeddzień połówki. Oczywiście będzie to weekend spod znaku M z kropką. Chcę poczuć na własnej skórze jak ten triathlon wygląda. Nie należę do osób, które dają ponieść się reklamie, czy dają nabierać na marketingowe sztuczki, albo też ślepo ufają nawet najlepszym markom. Mimo wszystko, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, już nie mogę się doczekać! Na samą myśl czuję dreszczyk emocji, choć to tylko sprint. Na pewno działa też magia Gdyni, w której całą rodzinką spędzimy weekend.

Ale co tak naprawdę będę robił w kwestii złamania zmęczeniowego, które nawraca? Skorzystam z drugiej rady ortopedy! Pójdę na basen J - tak naprawdę już chodzę. Ponadto rower nigdy mi nie szkodził. Skończę też zabiegi rehabilitacyjne, a potem zapiszę się do fizjo, żeby ćwiczyć i wzmocnić całą nogę. Zamierzam też skorzystać z konsultacji innego ortopedy, ponieważ porada w stylu „na pana miejscu przestałabym biegać”, dopóki noga nie boli mnie tak, że nie mogę chodzić, nie mieści mi się jeszcze w głowię – tutaj niestety nic się nie zmieniło. Jednak mogę uczyć się na błędach i trochę mniej biegać. W tym czasie, konsultując się z fizjo i lekarzem chciałbym poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania: Dlaczego pomimo półrocznej przerwy nie mogę biegać tyle ile bym chciał? Dlaczego kontuzja powraca, choć teoretycznie była już wyleczona, a w czasie treningu przestrzegałem zasad i nie cisnąłem za bardzo – jak na mój gust, trenowałem wręcz lekko? Co zrobić, żeby tę kontuzję raz na zawsze pożegnać? Czy można sobie przeszczepić piszczel i wymienić na nowy, tytanowy? Ile wynosi masa wszechświata i czy teoria wielkiej unifikacji się potwierdzi? Czy jeszcze kiedyś przebiegnę maraton? Czy jeszcze kiedyś będę namawiał Kubę na wspólny udział w Biegu Rzeźnika? Czy na starość wystartuję w Bieszczadach z Ewą… ? Na wszystkie te pytania odpowiedź przyjdzie z czasem. Jeśli zdrowie pozwoli, a ja zachowam zimną krew i trochę zdrowiu pomogę, to ten sezon będzie czasem triathlonu!
Krystian

sobota, 6 lutego 2016

Parkrun Pruszków #66 – relacja


 Kiedy miesiąc temu Ewa pisała o Parku Potulickich i wspominała o Parkrunie, nie zakładałem, że tak szybko się na niego wybiorę. Dlaczego to się stało napiszę w osobnym poście, ponieważ ma to trochę związek z moją kontuzją. Jednak przede wszystkim, kiedy w lokalnym portalu internetowym zobaczyłem ogłoszenie o karnawałowym Parkrunie z przebraniami, zapragnąłem wykorzystać okazję i zaspokoić głód rywalizacji, nie karmiony (nie licząc biegu Stonogi) już tak na dobrą sprawę od sierpnia. A że rzadko biegam piątki… Ja praktycznie nie biegam piątek, więc uznałem to za dobry powód, żeby po raz kolejny podejść do życiówki na tym dystansie (ponad 26 minut) i złamać 25 min. Udało się! Ale po kolei.

Impreza Parkrun jest świetna w swojej organizacyjnej prostocie. Rzeczywiście forma sprzyja popularyzacji tego rodzaju biegów, a klimat zawodów w Pruszkowie był naprawdę towarzyski. Wszyscy przybijali sobie piątki, poznawali się itd. Tym razem były też różne przebrania. Gdybym miał głosować na najlepsze, to wygrałby cowboy – facet, który biegł w skórzanych spodniach, skórzanej kurtce i kowbojskim kapeluszu. Ja miałem założyć na głowę misie mikołaje dyndające na sprężynkach, bo to jedyne co w domu znalazłem, ale ostatecznie ich zapomniałem. Musiałem pobiec do pobliskiego sklepu. Na szczęście był dobrze zaopatrzony. Wybrałem kilka drobiazgów, które możecie podziwiać na poniższym zdjęciu.


Dopingowany przez Olka i Ewę biegłem jak na skrzydłach. Zacząłem tradycyjnie trochę za szybko, przez co pod koniec było mi ciężko. Mimo wszystko średnia była niezła i udało się złamać 25 minut. Po wszystkim były mini pączki i zaproszenie na zupę. Zwycięzca oddał Olkowi kupon na pizzę, który zgarnął za lotną premię – jutro go wykorzystamy. Jeszcze raz dziękujemy!
Podziękowaliśmy za organizację, fajny bieg i wróciliśmy do domu. To był dobry początek dnia.


Czuje, że choć mieszkamy w Pruszkowie od trzech lat, teraz powoli zaczynamy też wtapiać się w to miasto. Dzisiaj miałem okazję startować ramię w ramię z lekarzem Olka – choć wiem, że biegł też w Pile we wrześniu, w tym samym czasie, kiedy ja ćwiczyłem na Wyspie do Piwnej Mili. Zauważyliśmy też, że zaczynamy kojarzyć innych biegaczy. Gdy już do naszej drużyny dołączy nowa zawodniczka, to na pewno będziemy zaglądać na Parkrun częściej.

piątek, 8 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne i plany na ten nowy, piękny rok 2016.

Tak sobie czytam blogi biegowe w tym właśnie mijającym okresie świąteczno-noworocznym. We wszystkich można znaleźć podsumowania ubiegłego roku i świetne plany na tegoroczny sezon. Wyprawy biegowe, planowanie startów i życiówek, układanie planów treningowych. Czytam i jest mi bardzo smutno. Czy i ja w tym roku sobie zaplanuję cokolwiek?
Kiedy wrócę do aktywności i czy w ogóle wrócę? I trochę nie daje mi to spokoju.
Jestem w ciąży, w 7 miesiącu. Termin rozwiązania na połowę marca. Bardzo się cieszę z tego małego cudu i z tego, że ponownie zostanę mamą. To naprawdę niezwykłe doświadczenie. Jednak siedzenie na tyłku i nicnierobienie doprowadza mnie do szału.
Przed zamieszkaniem w moim brzuchu najmłodszej z teamu Biegające Walczaki czytałam jak to fajnie być fitmamą. Jak to jest super biegając do dnia porodu, pływając w ostatnim miesiącu po kilometr czy ćwiczyć na siłowni. Ostatnio wpadłam na artykuł, gdzie pani chwaliła się przebiegnięciem 3 półmaratonów w każdym z trymestrów. Ostatnio w 36 tygodniu ciąży. Pani gratuluję, ale ja nie miałam tyle szczęścia.
Ze względu na bezpieczeństwo dziecka i też swoje musiałam odpuścić większość aktywności. Tak naprawdę zostały mi tylko spacery. Odpuściłam ćwiczenia, ale nie dietę. Postanowiłam nie przytyć znów 40 kg jak w ciąży z Olkiem. Pilnuję się i jedzenia. Na tym etapie ciąży mam do przodu 6,5kg, z Olkiem w tym samym czasie na liczniku było już plus 20.
Wiem to na pewno, zrzucać i tak będzie co. Ale kiedy będę mogła zacząć? Oto jest pytanie.
Rozsądnie byłoby zabrać się do tego po połogu, czyli w okolicy maja. Sama za siebie trzymam kciuki i modlę się, by najmłodsza z naszego teamu polubiła szybkie spacery i bieganie z wózkiem.
Bieganie przerwałam pod koniec lipca 2015. W dniu Biegu Powstania Warszawskiego poszłam do lekarza, który powiedział bym odpuściła sobie bieganie na dwa tygodnie. Dwa tygodnie niestety okazały się zakazem na całą ciążę.
Teraz tak sobie kombinuję, by wrócić właśnie tą imprezą? Może nie na 10km a na 5? W końcu odkąd truchtam ten bieg jest mojej liście TOP5 do zaliczenia. Półmaratonu Phillipsa w Pile chyba nie dam rady poczłapać. Ten start i Półmaraton Warszawski to był priorytet w zeszłym roku. A w tym? Kto to wie? Do 4 września jest jeszcze trochę czasu.
Na pewno chcę pobiec i to już na sto procent Bieg Niepodległości. Ale w jakim mieście to już jest pytanie otwarte.
W tym roku to sezon startowy Krystiana będzie najważniejszy. Już zapisał się na dwa triathlony, chce też wystartować w półmaratonie na wiosnę i maratonie na jesieni (i złamać 4h, czego mu z całego serca życzę). Mój plan zakłada po prostu powrót do formy. Nie chcę przespać najlepszego momentu, ani czekać roku, aż przestanę się mieścić w największe spodnie jakie mam w szafie tak jak to zrobiłam po urodzeniu Olka.
Dlatego to będzie dla nas niezłe przedsięwzięcie logistyczne. Pogodzić wszystko, dwójkę dzieci, dom, pracę i dwa plany treningowe. Damy radę, na pewno!
Na razie przede mną drugi, najważniejszy sprawdzian w życiu. Podobno jak się przebiegło maraton to żaden poród nie jest straszny. No nie mam na koncie królewskiego dystansu, przebiegłam dwa półmaratony. Mam nadzieję, że to się też liczy!
A tak wygląda na razie damska część Biegających Walczaków. 


wtorek, 5 stycznia 2016

Tu biegamy: Park Potulickich w Pruszkowie

Kiedy przeprowadzaliśmy się z Warszawy do Pruszkowa mój kolega z pracy zapytał się, czy zwariowałam. Przyjechałam z małego miasta (Piły) do wielkiej stolicy i nagle po kilku latach przeprowadzam się do miasta jeszcze mniejszego. Nigdy w ten sposób na to nie patrzyłam. A Pruszków bardzo mi przypomina moje rodzinne miejsce. Nie żałowałam ani chwili naszej decyzji. A już szczególnie odkąd zaczęłam biegać. Po pierwsze czuję się tu bezpiecznie. Znam każdy zakątek i chociaż trzeba się nieźle nagłowić, by wymyślić trasę długiego wybiegania to nie zamieniłabym jednak ciekawej warszawskiej Pragi na senny Pruszków.

Dzisiejszy post inspirowany jest zdjęciami zrobionymi przez Krystiana podczas porannego treningu. Będzie o miejscu, gdzie nadzwyczaj dobrze się biega - Parku Potulickich. Miejsce w samym centrum Pruszkowa. Kilka stawów, mnóstwo bardzo starych drzew objętych opieką konserwatora zabytków i dużo ścieżek, nie tylko betonowych, co dla mięśni, więzadeł i kości biegacza jest kluczowe.
Jesień w Potuliku
Jedna pętelka po głównych ścieżkach liczy sobie 1 km z małym haczykiem. Wieczorem i rano można spotkać wielu biegaczy, przez co jest naprawdę bezpiecznie.
Tak było zeszłej zimy
Od roku w Pruszkowie działa Parkrun. Jeszcze na niego nie dotarliśmy. Krystian na razie mało biega i woli to robić w niedzielę niż w sobotę. A mi w pierwszej połowie roku trudno było się zmobilizować w sobotę o 9 na wspólne bieganie. Ale kto wie? Może uda się w tym roku. Gdyby najmłodszy Biegający Walczak, który niedługo pojawi się na świecie polubił bieganie z mamą w wózku, to mogłaby być dobra okazja, by zacząć się integrować z pruszkowskim środowiskiem biegaczy.
A takie miłe towarzystwo można spotkać latem w naszym parku.
Latem można nie tylko biegać. W lipcu i sierpniu urząd miasta sponsoruje mieszkańcom kajaki. Za darmo można je wypożyczyć i cieszyć się godzinnym pływaniem. Mamy nadzieję, że i trzeci rok z rzędu miasto zdecyduje się na taki rodzaj promocji. Bo to naprawdę fajna przygoda!
Kajaki!
Oto kilka zdjęć z dzisiejszego poranka i biegu o wschodzie słońca: 

czwartek, 19 listopada 2015

Wieszak na medale na spontanie


Od czasu do czasu każdemu przydarza się, że napadnie go jakaś totalnie niespodziewana myśl. Przypląta się znienacka, tak jak ta przy robieniu pierogów, kiedy pomyślałem, że prekursorem kuchni molekularnej był przecież Szwedzki Kucharz z Mapetów 





Tego dnia miałem jednak dwie niespodziewane, natchnione myśli. Popołudniu rozbierałem rozpadającą się ikeowską szafę i wpadła mi w ręce laminowana na biało listewka, z której spontanicznie postanowiłem zrobić wieszak na medale.

Projekt powstał w 0,00003 sekundy, a ewentualną niechlujność wykonania już z założenia miały maskować tasiemki medali. Postanowiłem nabić na listewkę gwoździe i powiesić ją na ścianie za pomocą dwustronnej taśmy montażowej. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, czego zdjęcia możecie krok po kroku (gdybyście przypadkiem chcieli zrobić to samo) prześledzić powyżej…

Czym prędzej usiadłem do komputera, żeby się tym z Wami podzielić. Szybkość w działaniu, no i idea „Zrób to sam” zasługiwały na to, żeby się nimi pochwalić. Minutę później wszystko leżało na podłodze. Czego mnie to nauczyło? Że montażowy oldschool jest najlepszy. Natychmiast złapałem za wiertarkę, wywierciłem w listewce dwa otwory, dwie dziury w ścianie, wsadziłem w nie kołki, przyłożyłem listewkę, przykręciłem i znowu powiesiłem medale. Działa!