poniedziałek, 8 lutego 2016

Życie weryfikuje plany… i zmusza do stania się triathlonistą!

Nie, nie złamię w tym roku 4h w maratonie. Nie złamię też 2h w połówce. Będę biegał krótsze dystanse. Bardzo prawdopodobne jest też, że wezmę udział w dwóch triathlonach.

Zacznę od początku. Udało się zrobić rezonans nogi po zeszłorocznym złamaniu zmęczeniowym. Wyszło jednak na nim, że po treningach do Półmaratonu Warszawskiego (4 tygodnie bazy – 3 razy w tygodniu), ono się odnawia. Dostałem skierowanie na rehabilitację, scyntygrafię i radę, żebym przestał biegać. Ponieważ noga nie boli – no nie codziennie – to tej rady nie wziąłem do siebie… Nie będę jednak igrał z ogniem i zmniejszę ilość treningów i kilometrów. Pomoże mi w tym plan do pierwszego z dwóch triathlonów, w których zamierzam wystartować w tym roku. W planie jest tylko dwa dni biegania i to do 10 km w szczycie. Moim pierwszym w życiu triathlonem będzie Garmin Iron Triathlon w Ślesinie 5.6.2016, w którym postanowiłem wziąć udział po moich długich rozmowach z kolegą Kubą. BTW Dostałem od Kuby bardzo fajną książkę „Triathlon. Plany treningowe” wyd. Inne Spacery (do nabycia tutaj: http://www.innespacery.pl/). Jak nazwa wskazuje, są tam plany do triathlonu, ale też solidne wyjaśnienie na czym one polegają i po co są dane treningi – tego (niezbędnej wiedzy) zwykle przecież nam trenującym brakuje, więc POLECAM!

Druga impreza to będzie triathlon na dystansie sprint w Gdyni, rozgrywany w przeddzień połówki. Oczywiście będzie to weekend spod znaku M z kropką. Chcę poczuć na własnej skórze jak ten triathlon wygląda. Nie należę do osób, które dają ponieść się reklamie, czy dają nabierać na marketingowe sztuczki, albo też ślepo ufają nawet najlepszym markom. Mimo wszystko, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, już nie mogę się doczekać! Na samą myśl czuję dreszczyk emocji, choć to tylko sprint. Na pewno działa też magia Gdyni, w której całą rodzinką spędzimy weekend.

Ale co tak naprawdę będę robił w kwestii złamania zmęczeniowego, które nawraca? Skorzystam z drugiej rady ortopedy! Pójdę na basen J - tak naprawdę już chodzę. Ponadto rower nigdy mi nie szkodził. Skończę też zabiegi rehabilitacyjne, a potem zapiszę się do fizjo, żeby ćwiczyć i wzmocnić całą nogę. Zamierzam też skorzystać z konsultacji innego ortopedy, ponieważ porada w stylu „na pana miejscu przestałabym biegać”, dopóki noga nie boli mnie tak, że nie mogę chodzić, nie mieści mi się jeszcze w głowię – tutaj niestety nic się nie zmieniło. Jednak mogę uczyć się na błędach i trochę mniej biegać. W tym czasie, konsultując się z fizjo i lekarzem chciałbym poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania: Dlaczego pomimo półrocznej przerwy nie mogę biegać tyle ile bym chciał? Dlaczego kontuzja powraca, choć teoretycznie była już wyleczona, a w czasie treningu przestrzegałem zasad i nie cisnąłem za bardzo – jak na mój gust, trenowałem wręcz lekko? Co zrobić, żeby tę kontuzję raz na zawsze pożegnać? Czy można sobie przeszczepić piszczel i wymienić na nowy, tytanowy? Ile wynosi masa wszechświata i czy teoria wielkiej unifikacji się potwierdzi? Czy jeszcze kiedyś przebiegnę maraton? Czy jeszcze kiedyś będę namawiał Kubę na wspólny udział w Biegu Rzeźnika? Czy na starość wystartuję w Bieszczadach z Ewą… ? Na wszystkie te pytania odpowiedź przyjdzie z czasem. Jeśli zdrowie pozwoli, a ja zachowam zimną krew i trochę zdrowiu pomogę, to ten sezon będzie czasem triathlonu!
Krystian

sobota, 6 lutego 2016

Parkrun Pruszków #66 – relacja


 Kiedy miesiąc temu Ewa pisała o Parku Potulickich i wspominała o Parkrunie, nie zakładałem, że tak szybko się na niego wybiorę. Dlaczego to się stało napiszę w osobnym poście, ponieważ ma to trochę związek z moją kontuzją. Jednak przede wszystkim, kiedy w lokalnym portalu internetowym zobaczyłem ogłoszenie o karnawałowym Parkrunie z przebraniami, zapragnąłem wykorzystać okazję i zaspokoić głód rywalizacji, nie karmiony (nie licząc biegu Stonogi) już tak na dobrą sprawę od sierpnia. A że rzadko biegam piątki… Ja praktycznie nie biegam piątek, więc uznałem to za dobry powód, żeby po raz kolejny podejść do życiówki na tym dystansie (ponad 26 minut) i złamać 25 min. Udało się! Ale po kolei.

Impreza Parkrun jest świetna w swojej organizacyjnej prostocie. Rzeczywiście forma sprzyja popularyzacji tego rodzaju biegów, a klimat zawodów w Pruszkowie był naprawdę towarzyski. Wszyscy przybijali sobie piątki, poznawali się itd. Tym razem były też różne przebrania. Gdybym miał głosować na najlepsze, to wygrałby cowboy – facet, który biegł w skórzanych spodniach, skórzanej kurtce i kowbojskim kapeluszu. Ja miałem założyć na głowę misie mikołaje dyndające na sprężynkach, bo to jedyne co w domu znalazłem, ale ostatecznie ich zapomniałem. Musiałem pobiec do pobliskiego sklepu. Na szczęście był dobrze zaopatrzony. Wybrałem kilka drobiazgów, które możecie podziwiać na poniższym zdjęciu.


Dopingowany przez Olka i Ewę biegłem jak na skrzydłach. Zacząłem tradycyjnie trochę za szybko, przez co pod koniec było mi ciężko. Mimo wszystko średnia była niezła i udało się złamać 25 minut. Po wszystkim były mini pączki i zaproszenie na zupę. Zwycięzca oddał Olkowi kupon na pizzę, który zgarnął za lotną premię – jutro go wykorzystamy. Jeszcze raz dziękujemy!
Podziękowaliśmy za organizację, fajny bieg i wróciliśmy do domu. To był dobry początek dnia.


Czuje, że choć mieszkamy w Pruszkowie od trzech lat, teraz powoli zaczynamy też wtapiać się w to miasto. Dzisiaj miałem okazję startować ramię w ramię z lekarzem Olka – choć wiem, że biegł też w Pile we wrześniu, w tym samym czasie, kiedy ja ćwiczyłem na Wyspie do Piwnej Mili. Zauważyliśmy też, że zaczynamy kojarzyć innych biegaczy. Gdy już do naszej drużyny dołączy nowa zawodniczka, to na pewno będziemy zaglądać na Parkrun częściej.

piątek, 8 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne i plany na ten nowy, piękny rok 2016.

Tak sobie czytam blogi biegowe w tym właśnie mijającym okresie świąteczno-noworocznym. We wszystkich można znaleźć podsumowania ubiegłego roku i świetne plany na tegoroczny sezon. Wyprawy biegowe, planowanie startów i życiówek, układanie planów treningowych. Czytam i jest mi bardzo smutno. Czy i ja w tym roku sobie zaplanuję cokolwiek?
Kiedy wrócę do aktywności i czy w ogóle wrócę? I trochę nie daje mi to spokoju.
Jestem w ciąży, w 7 miesiącu. Termin rozwiązania na połowę marca. Bardzo się cieszę z tego małego cudu i z tego, że ponownie zostanę mamą. To naprawdę niezwykłe doświadczenie. Jednak siedzenie na tyłku i nicnierobienie doprowadza mnie do szału.
Przed zamieszkaniem w moim brzuchu najmłodszej z teamu Biegające Walczaki czytałam jak to fajnie być fitmamą. Jak to jest super biegając do dnia porodu, pływając w ostatnim miesiącu po kilometr czy ćwiczyć na siłowni. Ostatnio wpadłam na artykuł, gdzie pani chwaliła się przebiegnięciem 3 półmaratonów w każdym z trymestrów. Ostatnio w 36 tygodniu ciąży. Pani gratuluję, ale ja nie miałam tyle szczęścia.
Ze względu na bezpieczeństwo dziecka i też swoje musiałam odpuścić większość aktywności. Tak naprawdę zostały mi tylko spacery. Odpuściłam ćwiczenia, ale nie dietę. Postanowiłam nie przytyć znów 40 kg jak w ciąży z Olkiem. Pilnuję się i jedzenia. Na tym etapie ciąży mam do przodu 6,5kg, z Olkiem w tym samym czasie na liczniku było już plus 20.
Wiem to na pewno, zrzucać i tak będzie co. Ale kiedy będę mogła zacząć? Oto jest pytanie.
Rozsądnie byłoby zabrać się do tego po połogu, czyli w okolicy maja. Sama za siebie trzymam kciuki i modlę się, by najmłodsza z naszego teamu polubiła szybkie spacery i bieganie z wózkiem.
Bieganie przerwałam pod koniec lipca 2015. W dniu Biegu Powstania Warszawskiego poszłam do lekarza, który powiedział bym odpuściła sobie bieganie na dwa tygodnie. Dwa tygodnie niestety okazały się zakazem na całą ciążę.
Teraz tak sobie kombinuję, by wrócić właśnie tą imprezą? Może nie na 10km a na 5? W końcu odkąd truchtam ten bieg jest mojej liście TOP5 do zaliczenia. Półmaratonu Phillipsa w Pile chyba nie dam rady poczłapać. Ten start i Półmaraton Warszawski to był priorytet w zeszłym roku. A w tym? Kto to wie? Do 4 września jest jeszcze trochę czasu.
Na pewno chcę pobiec i to już na sto procent Bieg Niepodległości. Ale w jakim mieście to już jest pytanie otwarte.
W tym roku to sezon startowy Krystiana będzie najważniejszy. Już zapisał się na dwa triathlony, chce też wystartować w półmaratonie na wiosnę i maratonie na jesieni (i złamać 4h, czego mu z całego serca życzę). Mój plan zakłada po prostu powrót do formy. Nie chcę przespać najlepszego momentu, ani czekać roku, aż przestanę się mieścić w największe spodnie jakie mam w szafie tak jak to zrobiłam po urodzeniu Olka.
Dlatego to będzie dla nas niezłe przedsięwzięcie logistyczne. Pogodzić wszystko, dwójkę dzieci, dom, pracę i dwa plany treningowe. Damy radę, na pewno!
Na razie przede mną drugi, najważniejszy sprawdzian w życiu. Podobno jak się przebiegło maraton to żaden poród nie jest straszny. No nie mam na koncie królewskiego dystansu, przebiegłam dwa półmaratony. Mam nadzieję, że to się też liczy!
A tak wygląda na razie damska część Biegających Walczaków. 


wtorek, 5 stycznia 2016

Tu biegamy: Park Potulickich w Pruszkowie

Kiedy przeprowadzaliśmy się z Warszawy do Pruszkowa mój kolega z pracy zapytał się, czy zwariowałam. Przyjechałam z małego miasta (Piły) do wielkiej stolicy i nagle po kilku latach przeprowadzam się do miasta jeszcze mniejszego. Nigdy w ten sposób na to nie patrzyłam. A Pruszków bardzo mi przypomina moje rodzinne miejsce. Nie żałowałam ani chwili naszej decyzji. A już szczególnie odkąd zaczęłam biegać. Po pierwsze czuję się tu bezpiecznie. Znam każdy zakątek i chociaż trzeba się nieźle nagłowić, by wymyślić trasę długiego wybiegania to nie zamieniłabym jednak ciekawej warszawskiej Pragi na senny Pruszków.

Dzisiejszy post inspirowany jest zdjęciami zrobionymi przez Krystiana podczas porannego treningu. Będzie o miejscu, gdzie nadzwyczaj dobrze się biega - Parku Potulickich. Miejsce w samym centrum Pruszkowa. Kilka stawów, mnóstwo bardzo starych drzew objętych opieką konserwatora zabytków i dużo ścieżek, nie tylko betonowych, co dla mięśni, więzadeł i kości biegacza jest kluczowe.
Jesień w Potuliku
Jedna pętelka po głównych ścieżkach liczy sobie 1 km z małym haczykiem. Wieczorem i rano można spotkać wielu biegaczy, przez co jest naprawdę bezpiecznie.
Tak było zeszłej zimy
Od roku w Pruszkowie działa Parkrun. Jeszcze na niego nie dotarliśmy. Krystian na razie mało biega i woli to robić w niedzielę niż w sobotę. A mi w pierwszej połowie roku trudno było się zmobilizować w sobotę o 9 na wspólne bieganie. Ale kto wie? Może uda się w tym roku. Gdyby najmłodszy Biegający Walczak, który niedługo pojawi się na świecie polubił bieganie z mamą w wózku, to mogłaby być dobra okazja, by zacząć się integrować z pruszkowskim środowiskiem biegaczy.
A takie miłe towarzystwo można spotkać latem w naszym parku.
Latem można nie tylko biegać. W lipcu i sierpniu urząd miasta sponsoruje mieszkańcom kajaki. Za darmo można je wypożyczyć i cieszyć się godzinnym pływaniem. Mamy nadzieję, że i trzeci rok z rzędu miasto zdecyduje się na taki rodzaj promocji. Bo to naprawdę fajna przygoda!
Kajaki!
Oto kilka zdjęć z dzisiejszego poranka i biegu o wschodzie słońca: 

czwartek, 19 listopada 2015

Wieszak na medale na spontanie


Od czasu do czasu każdemu przydarza się, że napadnie go jakaś totalnie niespodziewana myśl. Przypląta się znienacka, tak jak ta przy robieniu pierogów, kiedy pomyślałem, że prekursorem kuchni molekularnej był przecież Szwedzki Kucharz z Mapetów 





Tego dnia miałem jednak dwie niespodziewane, natchnione myśli. Popołudniu rozbierałem rozpadającą się ikeowską szafę i wpadła mi w ręce laminowana na biało listewka, z której spontanicznie postanowiłem zrobić wieszak na medale.

Projekt powstał w 0,00003 sekundy, a ewentualną niechlujność wykonania już z założenia miały maskować tasiemki medali. Postanowiłem nabić na listewkę gwoździe i powiesić ją na ścianie za pomocą dwustronnej taśmy montażowej. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, czego zdjęcia możecie krok po kroku (gdybyście przypadkiem chcieli zrobić to samo) prześledzić powyżej…

Czym prędzej usiadłem do komputera, żeby się tym z Wami podzielić. Szybkość w działaniu, no i idea „Zrób to sam” zasługiwały na to, żeby się nimi pochwalić. Minutę później wszystko leżało na podłodze. Czego mnie to nauczyło? Że montażowy oldschool jest najlepszy. Natychmiast złapałem za wiertarkę, wywierciłem w listewce dwa otwory, dwie dziury w ścianie, wsadziłem w nie kołki, przyłożyłem listewkę, przykręciłem i znowu powiesiłem medale. Działa!

piątek, 10 lipca 2015

Tekst poradnikowy: Pierwsza wizyta u ortopedy w ramach NFZ




Dzisiaj, po pół roku od kontuzji po raz pierwszy udało mi się dostać do ortopedy na wizytę refundowaną w ramach NFZ. Wiadomość o tym, że moja noga się zrosła i że znów mogę biegać tak mnie ucieszyła, że postanowiłem napisać tekst na bloga. Przeczytałem jednak w wywiadzie z jedną znaną blogerką biegową, że jak ktoś pisze bloga w którym nie ma porad, to robi z internetu śmietnik i nic sobą nie wnosi (tak w skrócie). Ponieważ ostatnio zmieniłem podejście do biegania, spróbuję też włożyć nieco energii w bloga, a nie tylko pisać o swoich przemyśleniach, wspomnieniach itp. Na początek kilka porad o tym, jak najszybciej dostać się do ortopedy na NFZ.

Podobno biegacze dzielą się na kontuzjowanych i na takich, którzy kontuzje mają dopiero przed sobą. Gdy już trafimy do tej drugiej grupy możemy mieć szczęście i sprawę załatwi dobry fizjo, albo tak jak ja ogromnego pecha (zresztą trochę się o niego prosiłem nadmierną eksploatacją kończyn dolnych) kiedy na leczenie musimy udać się do fachowca m. in. od kości. Jeśli oglądacie jakieś wiadomości w telewizji, fakty, czy cokolwiek, to wiecie że nie jest to łatwe. Ale co jeśli już musicie skorzystać z porady sami?

1. Musisz być ubezpieczony.
Co to znaczy? W skrócie to, że twój pracodawca odprowadza za ciebie składkę ubezpieczenia zdrowotnego do ZUS. Jeśli tak nie jest – na przykład pracujesz na umowie o dzieło (tzw. śmieciówce) – i nie jesteś dopisany do czyjegoś ubezpieczenia jako członek rodziny, zapomnij o wizycie na NFZ i szykuj grube bańki na kolejne wizyty i badania. Jeśli nie masz ubezpieczenia, a jesteś żonaty/zamężna dopisz się do ubezpieczenia żony/męża jeśli takowe posiada – to nic nie kosztuje, a załatwia temat. Może to być też matka lub ojciec jeśli pozostajecie we wspólnym gospodarstwie – jesteście zameldowani pod tym samym adresem, albo oświadczycie że mieszkacie razem. Jeśli nie masz ubezpieczenia i nie masz możliwości dopisać się do nikogo, możesz skorzystać z tzw. dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego (więcej na ten temat podpowie wujek Google, informacji szukajcie w swoich kasach chorych).
2. Załatw skierowanie.

Po skierowanie udajemy się do lekarza rodzinnego. Przychodzimy i mówimy w czym problem. Najczęściej po okazaniu uszkodzonej kończyny lekarz wypisze niezbędny dokument.
3. Odszukaj poradnię.

Są poradnie, które przyjmują wyłącznie na zapisy i takie np. przyszpitalne gdzie oprócz zapisów codziennie wydawany jest pakiet numerków do specjalisty. Wybierz drugą opcję, bo w przypadku pierwszej czas oczekiwania będzie czterokrotnie dłuższy niż czas samoistnego wyleczenia urazu, np. złamania zmęczeniowego, jak w moim przypadku. Nie powiem Ci jak znaleźć tę właściwą poradnię, poza tym że mogę udzielić kilku wskazówek. Szukaj w necie, korzystaj też ze strony lokalnego nfz-u (pomocne aplikacje naprawdę wkraczają już pod strzechy, tam gdzie nigdy byśmy się ich nie spodziewali) i dzwoń. Wszystkiego o zapisach i przyjęciach dowiesz się przez telefon. Ja wybrałem tę, która była najbliżej domu – przy szpitalu. Szczęście w nieszczęściu, że przyjmuje tam lekarz o dobrej opinii, co też jest ważne.
4. Weź wolne w pracy na dzień wizyty

Nigdy nie wiesz ile potrwa to wszystko co Cię czeka…
5. Przygotuj się na wizytę

Upewnij się, że w poradni przyjmują konkretną pulę osób z kolejki danego dnia i że twoje skierowanie jest ważne (musi być wystawione w tym samym roku, w którym zamierzasz zapisać się do poradni). Zadzwoń do poradni i upewnij się, że lekarz do którego chcesz się wybrać nie wziął wolnego, albo że np. jeszcze pracuje w tej poradni i na sto procent przyjmuje danego dnia. Dzień przed planowaną wizytą, wieczorem zrób sobie termos zielonej herbaty lub kawy, o ile nie boisz się że czarny napar wypłukuje z organizmu to co cenne dla kości. Przygotuj ubranie na cebulkę (nigdy nie wiesz ile potrwa wizyta i jakie będą panowały warunki w miejscu, w którym przyjdzie Ci czekać na wizytę, albo po wyjściu z poradni). Naładuj telefon komórkowy. Jeśli musisz przygotować coś do pracy, spakuj komputer – będziesz miał dużo czasu żeby popracować w skupieniu. Nastaw budzik na taką godzinę, abyś w poradni mógł być o 3:00 rano.

Słowo wyjaśnienia: Dlaczego na 3:00 rano, a nie na przykład na 5:00, albo nie na 24:00? Sprawdziłem to metodą prób i błędów. W mojej poradni każdego dnia wydaje się 10 numerków do ortopedy. Pierwszym razem przyszedłem o godzinie otwarcia rejestracji, o 7:00 i byłem 26. do ortopedy. Drugim razem byłem o 5:00 rano i byłem 11. do ortopedy. A przypominam, numerków jest 10. Zatem za każdym razem odszedłem z pustymi rękoma. Ale za trzecim razem wstałem o 3:30 i w poradni zjawiłem się o 4:00. Byłem 6. Dlaczego namawiam na 3:00? Bo ja byłem o 4:00 szósty, ale było lato i był piątek. Im bliżej końca tygodnia tym mniej ludzi. Im okres jest bardziej urlopowy tym mniej ludzi. Myślę, że trzecia to w większości przypadków optymalna godzina żeby dostać się do ortopedy.
6. Wstań o 3:00 i idź do poradni

Na dzień dobry dobrze się rozejrzyj. Ludzie nie musza stać w rządku jak przed piekarnią po chleb. Jeśli przy okienku stoi jedna osoba i mówi, że jesteś pięćdziesiąty, nie daj się zwieść – to może być „stacz kolejkowy”. Zadaj pytanie: „A gdzie są Ci ludzie?”. Jeśli pokaże ich palcem, wracaj do domu. Jeśli nie pokaże, powiedz: „A ja ich nie widzę. Pan jest pierwszy, ja jestem drugi i basta!” Nie po to wstawałeś przed 3:00 żeby dać się spławić jakiemuś cwaniakowi. Usiądź tak abyś cały czas widział okienko rejestracji. Nie spuszczaj nikogo z oczu. Bądź aktywny i jeśli przychodzi kolejna osoba, informuj który jesteś w kolejce, kto jest ostatni i która jest ta osoba. To pomoże uniknąć nieporozumień, gdy otworzy się okienko. Jeśli możesz usiąść w miejscu, w którym jest gniazdko lub masz dobrą baterię w lapku, zajmij się swoimi sprawami zachowując czujność. Przed tobą 4 godziny podczas których będziesz narażony/narażona na: biadolenie o chorobach czy kolejkach itp., to że ktoś będzie chciał wepchnąć się przed Ciebie i przychodzącą znikąd senność, którą pomoże zawalczyć zielona herbata lub kawa.
7. Otwarcie rejestracji

Stań jak najbliżej okienka. Upewnij się, że przed tobą są tylko ci ludzie, którzy byli przed tobą wcześniej. Jeśli np. numerków jest 10, a Ty jesteś 8., to bardzo, ale to bardzo uważnie licz ludzi przed sobą, którzy biorą numerki do ortopedy. Jeśli ktoś odchodzi od okienka przed tobą i mówi, że numerki się skończyły, natychmiast zrób awanturę. Podejdź do okienka i powiedz w rejestracji, że wszystkich dokładnie liczyłeś i że jesteś ósmy i że nie dasz z siebie robić kretyna, zażądaj wyjaśnień, wezwania ordynatora szpitala i wszystkich świętych. W ostateczności zagroź że wezwiesz karetkę do swojego przypadku jeśli natychmiast nie zostaniesz przyjęty. Wtedy najpewniej każą Ci czekać i zapytać lekarza czy cię przyjmie. Zwykle się zgadzają i choć będziesz ostatni w kolejce, wygrałeś, zaliczasz wizytę. Jeśli jednak rejestracja przechodzi bezproblemowo (jeśli „stacze” nie są umówieni z personelem i personel daje każdemu po jednym numerku) zachowaj spokój. Pokora i uległość w służbie zdrowia otwierają wiele drzwi. Pamiętaj jednak, żeby cały czas zachowywać czujność.
8. Masz numerek. Co teraz?

Upewnij się od razu w którym gabinecie i od której godziny przyjmuje lekarz. Jeśli zaczyna na przykład za godzinę, lub dwie, nie oddalaj się z poradni. Od razu zajmuj miejsce przy drzwiach gabinetu i zachowuj czujność. Pytaj sąsiadów jakie mają numerki, zapamiętuj i przypominaj mimochodem o kolejności, np.: „To jaki pani ma numerek? 9? Aha, a ja 8 to jestem przed panią”. Każdy musi znać swoje miejsce – to pomoże zażegnać ewentualne konflikty w zarodku. Nie spodziewaj się że pod gabinetem zastaniesz te same twarze co w kolejce. „Stacze” to rzecz powszednia.

Jeśli jednak do wizyty masz parę godzin, idź do domu i się wyśpij. Pamiętaj, żeby wrócić do lekarza przynajmniej na godzinę przed wizytą, usiąść pod gabinetem i zachowywać czujność.
9. Wizyta

Zainspiruj lekarza do działania. Opowiadaj o swojej kontuzji i możliwych przyczynach. Opowiadaj jak biegasz, ile km, jak często. Jeśli zainteresujesz lekarza swoim przypadkiem, podejdzie do Ciebie nieszablonowo, co być może zmniejszy ryzyko popełnienia błędu lekarskiego.
10. Po wizycie

Najprawdopodobniej podczas wizyty otrzymasz skierowanie/pakiet skierowań na badania. Zrób je najszybciej jak to tylko możliwe. Rtg. najpewniej czeka cię tego samego dnia i po nim powrót do doktora. Innych musisz szukać w internecie. Czas oczekiwania znajdziesz na stronach NFZ.
Powodzenia!
Krystian

środa, 27 maja 2015

Kwiatki na Dzień Matki, czyli drugie nocne bieganie w Łazienkach Królewskich.

O popularności biegu ON the RUN PGE przekonuję się na każdym kroku. Zapisy zakończone w ciągu 5 minut, prawie 40 minut stania w kolejce po pakiet.
Ale ten bieg jest niezwykły. Ma pewną magię i po zakończonym biegu myśli się czy za miesiąc znów uda się zapisać na kolejną edycję.
Fluorescencyjny medal w kształcie kwiatka, kolejny do kolekcji. 

Piąta edycja biegu rozegrana została w Dniu Matki. Numer startowy w piękne kwiatki. Fajny klimat.
Do Łazienek Królewskich jechaliśmy z Krystianem dużo przed rozpoczęciem biegu. Myśleliśmy, że w deszczu dostanie się z Pruszkowa do centrum Warszawy zajmie nam mnóstwo czasu. A tu jednak niespodzianka. Z parkingiem też nie było problemu. Dziwne. Zupełnie inaczej niż zwykle.
Niespodziewanie mieliśmy krótką randkę w pięknych okolicznościach przyrody. Biegaczy na miejscu nie było jeszcze wielu. Poszlajaliśmy się trochę po alejkach. Oczywiście selfiki musiały być. Niestety żadne zdjęcie nie jest ostre. Cóż było ciemno i mokro. Idealnie na bieganie.

Chwilę po 22 ruszyłam na trasę. Trochę bałam się, nie biegałam od dwóch tygodni, zamiast truchtania był basen i rower, ale... Zadziwiająco dobrze się czułam. I gdy się rozpędziłam zderzyłam się z ścianą. Biegacze przede mną zatrzymali się, bo na drodze była... kałuża. Cóż. Zdarza się najlepszym - niechęć do złachania nowych butów. Na szczęście nie mam takich rozkminek i poleciałam prosto przez wodę. Synek byłby ze mnie dumny!
Tym razem trasa była chyba fajniejsza niż w kwietniu. Pewnie mogłabym człapać szybciej gdyby nie było ślisko. Oczywiście już widziałam się rozpłaszczoną na mokrej kostce brukowej, ale nie było tak źle. Końcówka trasy identyczna z poprzednią edycją, więc wiedziałam co mnie czeka. Wbiegając w bramę Łazienek od Agrykoli i mając jakieś 200 metrów do mety przycisnęłam licząc na poprawę wyniku sprzed miesiąca. Jakież było moje zdziwienie kiedy się okazało, że było lepiej o 50 sekund. Wow. Nie spodziewałam się, myślałam, że czas będzie w okolicach 35 minut a tu 30:08. Co prawda do życiówki strata 3 minuty, ale w życiowej formie chwilowo nie jestem. Myślę, że to zasługa mojej biżuterii na biegu. Cały czas na sobie miałam naszyjnik zrobiony przez Olka i podarowany mi na Dzień Mamy. To dodało mi mocy.

Naszyjnik mocy od syna. To dla niego ten medal!
Na mecie czekał na mnie mój największy motywator. Krystian, dziękuję!
Razem poszliśmy na makaron serwowany przez restaurację Belvedere, To była najlepsza pasta jaką kiedykolwiek jadłam. Coś przefantasycznego!

I już żałuję, że nie będzie mnie na czerwcowym ON the RUN. Jedziemy na urlop. Ale może podczas naszej wyprawy do Niemiec uda mi się wystartować w jakimś kameralnym biegu?

A na koniec jak zwykle nasza videorelacja. V On the Run w obiektywie Krystiana.

niedziela, 17 maja 2015

Jestem numerem 945

A ja już wiem gdzie będę 6 września.

Zapisałam się na 25. międzynarodowy półmaraton Philipsa w Pile.

Odkąd zaczęłam biegać i startować to są te zawody, które muszę ukończyć. Do tej pory jakoś się nie składało, ale w tym roku to będzie wyjątkowa okazja i rocznica.

A dlaczego? To było właśnie 25 lat temu, gdy w Pile postanowiono zorganizować wielką biegową imprezę.
 Jako atrakcje dodatkowe m. in. bieg dla dzieci. Tylko udział niestety nie był dobrowolny. Na starcie znalazły się chyba wszystkie dzieciaki z pilskich podstawówek.
Wtedy dziewięcioletnia Ewa została zmuszona wdziać koszulkę sponsora ColaCao i wystartować z innymi dziećmi dookoła Placu Zwycięstwa w Pile.
Do dziś nie lubię tej marki...

Odkąd pamiętam nienawidziłam biegać, reszta zajęć na wfie jak najbardziej ok. Szczególnie gimnastyka. Nie miałam żadnych problemów zrobić mostek ze stania. Ale przebiec 60 metrów w takim czasie by nie być ostatnią ofermą w klasie. Nie było takiej szansy.

I w tej koszulce ColaCao (nie wiem dlaczego, ale ten napój już zawsze będzie mi się źle kojarzył) człapałam na wyznaczonej trasie. Oczywiście byłam ostatnia. Nawet nie dałam rady przetruchtać do końca tych kilkuset metrów.

Przez 23 lata właśnie tak było, nienawidziłam biegać, a teraz proszę co się ze mną porobiło. I tu pozdrawiam wszystkie moje nauczycielki wf-u. Tak bez złośliwości.

Teraz po tylu latach chcę wrócić na ten Plac Zwycięstwa i skopać mu tyłek. I zrobię to!

niedziela, 10 maja 2015

Sobotni wyjazd do Góry Kalwarii na szosówkach





Z Kubą na rower umawialiśmy się już od jakiegoś czasu. Żeby w końcu pośmigać razem postarałem się o wolne w pracy. Od tygodnia jarałem się tym wyjazdem i nie mogłem się doczekać, tym bardziej gdy Kuba oznajmił, że nie jedziemy sami. Na dwa dni przed kupiłem sobie nowe buty na rower, a w dniu naszej "wycieczki" musiałem zmienić pedały. Jeden z nich, źle wkręcony naruszył gwint w korbie i po kilkuset metrach od startu myślałem że na tym moja wyprawa się skończy. Na szczęście wszyscy chcieli żebyśmy ukończyli tę jazdę w komplecie. Poszukaliśmy sklepu/serwisu. Trafiliśmy na niego dopiero w Konstancinie (nowo otwarty serwis przy Warszawskiej 48). W jakieś 4 do 5 minut pan Artur wymienił mi korbę i mogliśmy jechać dalej. Wtedy zaczęła się jazda! Przepłynęliśmy promem przez Wisłę, a potem szosą na Lublin pocisnęliśmy do mostu prowadzącego w stronę Góry Kalwarii. Zaliczyliśmy przystanek w cukierni i ruszyliśmy w drogę powrotną. I wtedy się zaczęło... 30-32 km/h non stop przez około 30 minut. Czteroosobowy rowerowy pociąg pruł w stronę Warszawy w ekspresowym tempie. Na koniec piekły mnie uda. Było niesamowicie!

środa, 6 maja 2015

Długi majowy weekend biegowy.

Ten weekend biegowy zaplanowany był już w tamtym roku. 
Po pierwszej edycji Wings for Life Word Run wiedziałam, że pobiegnę ponownie.
Dlatego zapisałam się od razu kiedy tylko ruszyły zapisy na bieg. Na pilską ćwiartkę muzyczną rejestracji dokonałam w lutym. Jak zwykle w moim przypadku plany musiały zostać zweryfikowane.
Do końca, czyli do piątku do odbioru pakietu w Pile nie wiedziałam czy dam radę pobiec. Wszelkie wątpliwości ustały kiedy zapisaliśmy Olka do biegu dzieci. Miałam towarzyszyć najmłodszemu Biegającemu Walczakowi w jego imprezie i to była mała rozgrzewka przed biegiem głównym. Oluś poradził sobie wyśmienicie. Przebiegł cały kilometr. 
Cały czas go wspierałam i dopingowałam. Biegliśmy razem, trzymając się za ręce. Olek wypatrywał tatę na trasie, a ten dwoił się i troił. Pojawiał się niespodziewanie przy ścieżce i krzyczał nasze słynne: „Dawaj, dawaj”. Udało się i dobiegliśmy do mety. Pękam z dumy, bo ten dystans naprawdę robi wrażenie. Olek był najmłodszym uczestnikiem.
Start biegu dla dzieci. Walczaki w barwach klubowych.

Później przyszedł czas na mnie. Na start odprowadziła mnie ekipa kibicująca. Chociaż od syna usłyszałam: Nie musimy mamo ci kibicować i tak sama dobiegniesz.
W sumie fakt. Powinnam. Jakiegoś wielkiego ciśnienia nie miałam. Forma tragiczna, właściwie jej nie było. Biegło mi się tak sobie. Na pewno inaczej niż w zeszłym roku. Bez Krystiana u boku. Za to z pięknymi widokami. Przy starcie było oberwanie chmury, kilometr dalej zaświeciło piękne słońce i na niebie pokazała się tęcza.
Głupawka na trasie. Foto: Alina Gunia
W trakcie biegu uczepiłam się jednej pani i za nią biegłam. Pod koniec udało mi się ją wyprzedzić, chociaż na 9 km miałam ochotę zejść z trasy. Na metę dobiegłam prawie 10 minut później niż w zeszłym roku. Cóż, nie zawsze można poprawiać wyniki. Mnie po kilku chorobach nie udało się. Ale będzie lepiej.
Dwa kroki i będzie już po :). Foto: Alina Gunia

Czas kiepski, ale stylówka musi być ;). 


Niedzielne Wings For Life World Run w Poznaniu. 
Tu pobiegłam dla tych co nie mogą. Cała opłata startowa była przeznaczona na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym.
Do Poznania przyjechałam sama z Piły. Po raz pierwszy zostawiliśmy na całą dobę Olka. Został pod dobrą opieką, ale było mi tak jakoś dziwnie. Z tego miejsca dziękuję moim kochanym Rodzicom i Edi za podjęcie tego wyzwania.

Na Malcie udało mi się zaparkować przy samym biurze zawodów, czyli głupi ma zawsze szczęście. Szybkie odebranie pakietu i szybkie spotkanie z zapracowanym mężem.
Do startu zostały 3 godziny, a ja poszłam spotkać z niewidzianą kilkanaście lat koleżanką Anią. Spacer do niej na herbatę i z powrotem można by nazwać rozgrzewką. Trochę kilometrów zrobiłam. Wracając zaczęły udzielać mi się emocje. Kolejny start przede mną, a ja znów nie jestem do końca przygotowana.
Przed startem

W zeszłym roku nie skorzystałam z okazji zrobienia sobie fotki z Michałem Kościuszko, kierowcą samochodu mety. W tym roku bardzo chciałam, ale nie było możliwości się do niego dopchać. Uczestników było dwa razy więcej i tym samym dwa razy więcej chętnych na selfie z mistrzem.
Catcher Car. Niestety bez Michała Kościuszko. 

Przyszedł czas na ustawienie się w swojej strefie startowej. Równo o 13 wyruszyłam na trasę z 3000 innych uczestników. Pogoda tym razem dopisała, czasem miałam wrażenie, że aż za bardzo. W ubiegłym roku wiało, padało i było bardzo zimno, w tym roku temperatura w okolicach 22 stopni i palące słońce. Cieszyłam się znajomością trasy. Wiedziałam jakie punkty po drodze będę mijać i gdzie w końcu będę mogła napić się wody.
Biegłam szybciej niż w Pile. Jednak dyszka zrobiona podczas Muzycznej Ćwiartki naprawdę dużo mi dała. Zwolniłam tylko przy punkcie odżywczym. Nie chciałam się wywalić na mokrej i śliskiej nawierzchni. Szybsi biegacze zostawili dywan ze skórek od bananów i już widziałam oczyma duszy swojej jak zbieram zęby z ulicy.
Tutaj podziękowania dla wolontariuszy! Podczas każdego biegu robią niesamowitą rzecz. Pomagają, dopingują i wspierają. Tym razem wpadli na genialny pomysł. Banany w czekoladzie. Na punktach czekolada się po prostu roztopiła. Wolontariusze maczali banany w tej czekoladzie i to był jeden z najwspanialszych posiłków podczas biegów jakie miałam przyjemność spróbować. 
Założyłam sobie w tym roku 12 km, po cichu chciałam przebiec 15 i przekroczyć tablicę z przekreślonym napisem Poznań. Niestety. Catcher Car dogonił mnie na 11 km. Kiedy ja kończyłam przygodę z tegorocznym Wings for Life na trasie w Poznaniu zostało 722 uczestników. Ostatni złapany Bartek Olszewski przebiegł 73 km. Szacunek i czapki z głów.
Po powrocie na Maltę dostałam kolejny medal do kolekcji. Na tym moje zwiedzanie się nie skończyło. Razem z Anią i jej synkami poszliśmy na lody na Starówkę. A co! Po takim wysiłku mi się należało. Tak jak zimne piwo na afterparty. Bo raz się żyje.
Jest i medal!


Za rok też będę chciała pobiec w tym niezwykłym biegu. Jeszcze nie wiadomo gdzie się odbędzie. Prawdopodobnie nie będzie to Poznań. A szkoda, bo atmosfera podczas biegu jest świetna. Kibice są naprawdę fantastyczni. Zobaczymy. W każdym razie będę tam. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Wieczorne bieganie w Łazienkach - 4. edycja On the Run PGE

Odkąd powstał cykl biegów On the Run PGE bardzo chciałam w nim wystartować. W styczniu kiedy się zorientowałam już nie było miejsc, w lutym akurat w tym dniu była urodzinowa impreza Olka, w marcu udało się zapisać, ale pokonała mnie choroba. I w końcu w kwietniu w Dniu Ziemi udało się pobiec krętymi alejkami Łazienek Królewskich. 
I tym razem mieliśmy swojego kibica na trasie. Do Warszawy na szkolenie przyjechała siostra Krystiana Agnieszka. Zaprosiliśmy ją na spacer po parku i do kibicowania nam na trasie. 

Po krótkim rekonesansie, poszukaniu linii startu i zrobieniu zdjęć na ściance spotkaliśmy Alicję z Maćkiem. W marcu wystawiłam ją do wiatru z tym biegiem, ale gdy wzięła w nim udział sama, tak się jej spodobał, że namówiła męża na wspólny start. 
Po krótkim rozciąganiu ustawiliśmy się w blokach startowych. Adrenalina i emocje podczas biegu to jednak jest uzależnienie. Na pierwszym kilometrze było ciężko ze względu na duży tłok i kurz. Specjalnie zostaliśmy z tyłu, ale chyba to był błąd. Kurz jaki podniósł się ze żwirowej alejki był straszny. Na szczęście dalej było już lepiej. Cały dystans biegliśmy razem. Co było naprawdę bardzo fajne. 
Suszymy ząbki i machamy do każdego aparatu :)
Bieg super, atmosfera, oświetlenie Łazienek tym razem na zielono. W maju znów będę polować na pakiet startowy. 
Na mecie czekały na nas fluorescencyjne, święcące w nocy medale i... bratki w doniczkach wraz z nasionami pachnącego groszku. 
Po biegu zawinęliśmy się i pojechaliśmy zregenerować siły oraz pokazać Agnieszce jedno z fajniejszych miejsc w Warszawie, czyli Południk Zero. 
To był naprawdę miły wieczór w dobrym towarzystwie. 


Ewa

Krystian: W zeszłym tygodniu, po ponad trzech miesiącach od wystąpienia kontuzji zrobiłem kilometr w ramach testu, a potem szaleńczo porwałem się na ten pięciokilometrowy bieg. Początkowo chciałem tylko iść z kijami, ale zakazali ich w regulaminie, więc poczułem się usprawiedliwiony i normalnie pobiegłem... Z tego miejsca chciałbym podziękować żonie, że doholowała mnie do mety - bo moja kondycja przez trzy miesiące wróciła do stanu sprzed dwóch lat i myślałem że wypluje płuca. Adze za świetny filmik i niesamowity doping (wrażenia audiowizualne załączamy poniżej).

Tradycyjnie na koniec krótki filmik :). Enjoy!


niedziela, 19 kwietnia 2015

Mój pierwszy przebiegnięty kilometr…

Nie pamiętam kiedy i jak przebiegłem swój pierwszy świadomy kilometr. Mogę jedynie zgadywać, że miało to miejsce w okolicach Olszynki Grochowskiej parę lat temu (około 2010 roku, na wiosnę) i byłem po tym niezwykle zmęczony. Wcześniej zdarzało mi się oczywiście biegać, ale nigdy z założeniem, że robię to w jakimś ściśle sprecyzowanym celu. Kiedyś wystartowałem nawet w biegu na 5 km (Run Warsaw – chyba w 2006), ale to nie miało nic, a nic wspólnego z tym, czym bieganie jest dla mnie dzisiaj.

Pierwszy „świadomy” kilometr to był sposób na odstresowanie, czerpanie większej przyjemności z życia i wynikał z czystej chęci utrzymania dobrej kondycji i zdrowego serca. Sprawa stała się o wiele bardziej poważna, gdy w 2013 roku w moje ręce wpadł magazyn Runners World z programem przygotowań do maratonu rozpisanym na 16 tygodni. Perspektywa szybkiej drogi do sukcesu była kusząca i uległem jej. Okazało się, że dla chcącego nic trudnego, a przez te 4 miesiące przed ukończeniem Orlen Warsaw Maraton w 2014 roku wszystko się dla mnie zmieniło. Regularność treningu zacząłem traktować co najmniej tak samo poważnie jak regularność opłacania składek OC na samochód, albo rozliczania się z urzędem skarbowym. Plan stał się księgą wyznaczającą mój rytm tygodnia. Do niego dopasowywałem swoje zajęcia każdego dnia, tygodnia i miesiąca. Gdy złapałem kontuzję i okazało się, że oprócz nadmiernej ambicji, była ona też wynikiem ślepego zaufania do planu, otrzymałem niezwykle hardkorową lekcję. Dowiedziałem się, że ta „szybka ścieżka” była drogą na skróty. Zrozumiałem, że bijąc kolejne życiówki, zwiększając liczbę i długość treningów, jednocześnie nie dopuszczałem do głowy niezwykle istotnych informacji o diecie, rozciąganiu, dodatkowych ćwiczeniach, regularnym badaniu się itd. Myślałem że to dla super-zaawansowanych biegaczy, którzy są ode mnie szybsi i walczą o każdą sekundę. Nic bardziej mylnego. Wiedza i dbanie o siebie to coś, na co uwagę powinien zwracać każdy, kto w ogóle myśli o bieganiu.

W czasie kontuzji chciałem zastąpić bieganie jazdą na rowerze. To trudne, bo biegać można zawsze, a jeździć na rowerze nie – zwłaszcza ciężko się jeździ po zmroku bez silnego źródła światła ujawniającego nierówności drogi. Gdy w ciągu dnia na przykład praca nie pozwala mi pojeździć, na kolejny trening mogę czekać w nieskończoność – co może być powodem mojego coraz silniejszego zainteresowania amatorskim kolarstwem, bo zawsze nie mogę się już doczekać kolejnej przejażdżki. Ostatnio po godzinnej jeździe, zamiast do domu skierowałem się w inne miejsce. Nieznana siła powiodła mnie na bieżnię. I zgadnijcie co... Bieżnia była zamknięta! Hahaha. Żarcik. Nie była zamknięta. Nie była też zajęta.

W czwartek znowu przebiegłem swój pierwszy kilometr. Swój pierwszy kilometr po (a może jeszcze w trakcie trwania) kontuzji złamania zmęczeniowego kości piszczelowej. W efekcie tej próby dowiedziałem się, że zgodnie z przypuszczeniami, noga nadal boli. Ponad trzy miesiące przerwy niewiele dały. Ale mimo wszystko zachowuję ten kilometr tutaj. To pierwszy kilometr mojego nowego biegowego życia. Zaczynam wszystko od nowa. Już nigdy nic nie będzie takie samo jak przedtem. Już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. Żaden start, ani przygotowania do niego nie będą już przypominały tych, jakie czyniłem wcześniej! Oto mój pierwszy kilometr.

 
Krystian